News

Błędne Skały, Wambierzyce, Ratno Dolne, Bożków

Sobota. Pierwsza od naprawdę kilku dni, kiedy czuję, że mogę
odpocząć. Dwa dni za nami, więc już trochę zeszło ze mnie powietrze z wielkiego
miasta i pracy, która nie znosi czekać, bo wszystko musi być na już, na teraz.
Wczoraj koło północy zakończyłam prace nad prezentacją co to właśnie nie mogła
dłużej czekać, więc wszystko co miało zostać załatwione, to zostało.
Tylko że rano nie ma opcji na sen, bo raz że strasznie
gorąco, dwa że coś kłuło mnie przez większość nocy w boku, a trzy – idziemy w
Góry Stołowe, jest weekend, a to oznacza tłok.

Wsiadamy w samochód i już się zaczyna ciekawie, bo większość
dróg, którymi próbujemy dotrzeć do Radkowa nie istnieje albo prowadzi zupełnie
gdzie indziej. Nawet mapa wojewódzka nie daje momentami rady. Udaje nam się
przejechać dość malowniczo przez Nową Rudę i okolice i dotrzeć do Drogi Stu
Zakrętów
, którą prujemy w górę. Jest raptem 9 z minutami, a ruch jest już
całkiem spory, choć tłumów nie widać. M. chętnie brałaby zakręty z większą
dynamiką (nie jestem pewna, czy ja jestem temu równie chętna), zwłaszcza że
samochód pięknie daje sobie radę. Załapujemy się na ostatnie 2 minuty wjazdu
Drogą Aleksandra do Błędnych Skał. Nie jest to łatwa droga i to nie przez ruch
wahadłowy, w który trzeba się wstrzelić, a przez pełznących powoli poboczem
turystów. Brak ścieżki obok drogi powoduje naprawdę spore komplikacje zarówno
dla nas, jak i dla nich – bo nic przyjemnego wspinać się w akompaniamencie
burkotu silników i spalin. Na miejscu przemili i uśmiechnięci panowie pytają,
czy damy radę zaparkować koło kamienia. Dałyśmy i idziemy grzecznie w lekkim
tłumiku do kasy. Wybieramy w kolejce pocztówki, kupujemy mapę. Nigdy tu nie
byłam, więc odczuwam lekkie podekscytowanie tym, co czeka za rogiem. Wydaje mi
się, że sporo się zebrało turystów, ale pan w okienku uspokaja, że tłumy to
nadejdą dopiero za godzinę, dwie i wtedy będziemy iść głowa za głową. Ponieważ
nie umiem sobie tego wyobrazić i nade wszystko chcemy tego uniknąć, wartko
ruszamy pod górkę. Taras widokowy z boku zostawiamy na później (i to był błąd)
i powoli wchodzimy do skalnego miasta. Pytam M. czy to już ten moment, kiedy
mam się zacząć jarać, mówi że tak, więc zaczynam. Niestety nie jest to proste,
bo jest nas sporo, szlak wymaga koncentracji na podeście z desek, a głowę
chętnie obracałabym o 360 stopni. 

Większość ludzi idzie po prostu gapiąc się w
ziemię tudzież wypatrując w labiryncie skalnym miejsc zakazanych, żeby się tam
wdrapać i strzelić sobie fotkę. Oczywiście przodują rodzice z małymi dziećmi.
Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu większość ludzi w momentach, gdy robimy sobie
zdjęcia (takie z nastawami, więc trwa to kilka sekund) jest absolutnie
grzeczna, cierpliwa i wyrozumiała i nie wpycha się w kadr! Nikomu naprawdę
nigdzie się nie spieszy, może tylko psiakom, które z innego poziomu patrzą na
te przyrodnicze dziwy. Było mega! Momentami nawet zabawnie, ale to chyba żarty
sytuacyjne wynikające z naszego przyrodniczego skrzywienia. 

W każdym razie
udało nam się wywołać dyskusją o skałach kilka uśmiechów, podobnie jak
zawołaniami rodem z sesji modelek dla Glamour czy innego Joya podczas fotek z
paprociami. Jest moc. Na tarasie widokowym w drodze powrotnej trzeba się już
było mocno przepychać. Zaczyna się tłum i prawdę mówiąc zaczyna się moje
przerażenie. Tu ktoś wyje, że ma lęk wysokości, tu jakiś rodzic się drze, że to
nie czas na siku, a inny zachęca pociechę do wdrapania się wyżej. Uciekamy.
Trzeba przyznać, że infrastruktura w okolicy jest miła dla
oka i się nie narzuca. Próbujemy gofrów, ja skromnie z cukrem pudrem, M. na
bogato z bitą i owocami. Gofry są tak twarde, że można by nimi spokojnie
rozłupać któryś z głazów obok. Szybka dyskusja dot. dalszych planów i biegiem
pakujemy się do samochodu, żeby zdążyć na wyjazd. Zaczęło się robić bardzo
gęsto i tuż po tym, jak M. dzielnie uporała się z wyjazdem z dołka, pakuje się
za nami na drodze autokar, który wyrósł spod ziemi. Nie wiem komu bardziej
współczuć – kierowcy, nam czy lokalnej przyrodzie.
Drogę w dół pokonuję już ja. Jedziemy do Wambierzyc, bo
podobno Sanktuarium ma szansę zrobić na mnie wrażenie. Parkujemy po bożemu,
sprawdzamy stan ubioru i ruszamy. Nie lubię takich miejsc. Legendy, wszędzie
plastikowe różańce, dziwne bozie, obrazki i puszki na datki. Ale Wambierzyce
jakieś takie spokojne są. 

Przy świątyni jest masa zakamarków – grot różnych
świętych albo składzików z rzeźbami, które są absolutnie obrzydliwe. Sam
kościół wewnątrz jest malutki, ale bardzo ładny mimo, że mocno barokowy. Po
korytarzach błądzi para młoda oraz regionalnie odstawieni goście (i nie mam tu
na myśli strojów ludowych). 
Wychodzimy zmierzając w kierunku wybranych stacji
Kalwarii. Niestety co chwila parskam śmiechem, bo zaiste pomysłowość
założycieli takich miejsc jest wielka. Jest stacja ze świętą Wilgefortis, o
której legendy można poczytać na przykład tu:
W drodze powrotnej do samochodu zachodzimy do stacji
kalwaryjskich po drodze. Niestety rzeźby i sam wygląd tych miejsc jest dość
straszny i odpychający. I niestety po raz kolejny przekonuję się, że w takich
miejscach nie czuję absolutnie nic poza lekką odrazą. W lokalnym sklepiku z
dewocjonaliami zakupujemy kartki i przewodnik po Górach Stołowych. Pani wdaje
się ze mną w przemiłą rozmową o Wilgefortis i pokazuje kilka legend, żebym
sobie przeczytała. Wszyscy są szalenie mili, nawet pani Parkingowa. Upał jak
się patrzy – czas na klimatyzację i dalszą drogę.
Niecałe 2 km dalej, jest zamek w Ratnie Dolnym. Już z daleka
straszy PRL-em, choć kiedyś był naprawdę wspaniałą rezydencją. Jeszcze w latach
’80 były tu organizowane wczasy dla dzieci. Obecnie nie bardzo da się wejść do
środka, a już na pewno nie da się bez latarki. Odkryłyśmy to oczywiście na
górze, więc nie było opcji, żeby się wracać. Miejsce ciekawe, ale jakoś na mnie
nie działa. Czuć tu wciąż chyba całkiem niedawne czasy, w zasadzie niewiele
zachowało się z dawnego charakteru tego miejsca. Widać resztki tarasów,
winorośl, oranżerię, więc musiało tu być przepięknie. Dziś… cóż, nieco
strasznie.

Jedziemy do Bożkowa. Wieś sama w sobie jest urocza, ale
kryje absolutną perłę regionu (nie wiem czy coś przebije Kopice, ale póki co
tylko Bożków może próbować). Pałac. 

Do niedawna była tu szkoła rolnicza,
obecnie jest w rękach prywatnych. Niestety wnętrz nie udało nam się obejrzeć, choć
panowie pijący pod sklepem mocno trzymali za nas kciuki i byli przemili.
Właściciela nie udało się namierzyć, a sąsiedzi byli zdawkowi i bardzo
nieprzyjemni. Córka generalnie pomóc nie chciała zupełnie, widać na solarium
było spieszno. Zadowoliłyśmy się wieczornymi filmami na Youtube pełnymi zdjęć i
obrazów wnętrz. I to jest coś, co po prostu obejrzeć trzeba, zwłaszcza że
tematem interesowały się też media. Dla Bożkowa i tego pałacu to absolutnie
ostatnia szansa, póki dach cały i możliwości są. Budynki naprzeciwko już się
zawaliły. Tu są wciąż okna, stiuki, dekoracyjne detale, kasetony, drewniane
podłogi, tapety, posadzki a nawet lustra!
O Bożkowie przeczytać TRZEBA i tak samo NALEŻY obejrzeć ten film:
W brzuchach zaczęło burczeć strasznie, więc wróciłyśmy do
Koniuszego na przepyszny obiad (M. udało się zjeść królika w końcu). I na
relaks w akompaniamencie historii pałaców Dolnego Śląska oraz pewnego serialu i
wypisywania kartek. Zbieramy siły na jutro!
Tagi: , , , , , ,