News

Dzielnica Łacińska część 1

Dzielnica Łacińska część 1

Jako że La Defense nie zajęła nam całego dnia, ruszyliśmy szturmem na Quartier Latin.

Przenieśliśmy się z dzielnicy nowoczesnej do tej, która tak bardzo przyciąga turystów. To tutaj w kawiarniach przesiadywały sławy – filozofowie, pisarze, malarze, dyskutanci. Po wyjściu z metra nie ma może bezkresnych przestrzeni, ale są drzewa, niska zabudowa, bulwary i uliczki i kawiarenki.


Zaczynamy trochę nietypowo, bo od kościoła St. Sulpice. Budowano go niemal 150 lat, a obecnie stoi trochę jakby na uboczu, nie dociera tu zbyt wielu turystów. Wejście znajdujemy z boku, wcześniej przedreptaliśmy koło fontanny z czterema wielkimi mówcami, którzy jednocześnie byli biskupami, stąd często nazywa się ją Fontanną Czterech Biskupów.

W okolicy wciąż można jeszcze znaleźć domy publiczne, z czego jeden z najstarszych całkiem w pobliżu. Postać samego świętego jest bardzo pozytywna, nie mroczna i nie krwawa. Zajmował się biednymi i chyba z tym jest najczęściej kojarzony. Natomiast o życiorysie, jak i dość bogato o historii kościoła, można poczytać tu: http://paryz.pagesperso-orange.fr/Saint_Sulpice.html
Kościół był zależny od opactwa St. Germain des Pres (o którym później). Jest ogromny, bo i parafia była całkiem spora. Podobno drugi po Notre Dame co do wielkości, ale w innym miejscu piszą, że to jednak St. Eustache jest większy. No nic – wchodzimy do środka. Kościół jest wyjątkowy, ponieważ w środku znajduje się obserwatorium astronomiczne z gnomonem – instrumentem służącym obserwacjom zmian wysokości słońca. Poza tym w jednej z bocznych kaplic są malowidła ręki Eugene’a Delacroix: Walka Jakuba z Aniołem i Wygnanie Heliodora ze świątyni – znajdują się w kaplicy Anielskiej. W kościele są też jedne z największych (o ile nie największe) w Europie organów.

Kaplica boczna

Walka Jakuba z Aniołem

Wygnanie Heliodora

Tak jak ktoś napisał w przytoczonym artykule – mimo przestrzeni dziwnie tu jest. Trochę taki chaos panuje, trochę jakby to miejsce nie miało zupełnie duszy. Może to być też kwestią tego, że kościół budowano przez ponad półtora wieku, przez 6 różnych architektów i zapewne wiele się tu krzyżowało wizji, myśli, ale i interesów. Być może kamienie i mury przesiąkły tymi sprzecznymi nieraz ideami i stąd takie odczucia? Ciężko powiedzieć.
Po drodze do bulwaru St. Germain mijamy sklep Yvesa Saint Laurenta, w którym świeci pustkami. Mijami też kamienicę z owcą i smokiem

I docieramy do miejsca kultowego. Raz że najstarszy kościół w Paryżu, dwa – najpiękniejsze i najbardziej znane światu kultury kawiarnie: Cafe de Flore i Les deux magots (magot to akwizytor – na jednym z filarów w kawiarni są figurki chińskich akwizytorów). Jeśli czytać o historii tej drugiej, to tylko tutaj: http://www.lesdeuxmagots.fr/en/ambiances.php#/histoire.php
W tej pierwszej…no cóż, byliśmy. Jako botanik z zamiłowania nie mogłam sobie odpuścić, marzeniem było to od lat już kilku. I…tadam!  

Pyszna gorąca czekolada – specjalność kawiarni

Dla każdego jest miejsce

To co jest istotne przy kawiarniach w wydaniu francuskim czy paryskim to przekrój wieku. Po pierwsze – w tej zdecydowaną większość stanowili ludzie dojrzali, że tak to ujmę. Panowie przed nami to wiek min. 65 lat. Podrywali przechodzące babeczki, witali się prawie z każdym miło i serdecznie. Zapraszali na espresso zaprzyjaźnionych kierowców taksówek, a ci – chętnie korzystali. I co bardzo ważne – to wszystko niezwykle kulturalnie, bez wulgaryzmów. Zaczepiane kobiety, nawet turystyki, odpowiadały zawsze szerokim uśmiechem. Niektórzy robili zdjęcia tej wesołej menażerii, wśród której wesoło machał ogonem pies. Gdzieś na stoliku walało się zalane kawą Le monde, które kilka razy fruwało w powietrzu jako dowód ciekawego tematu do rozmowy. Zażarte dyskusje, ale i pytania o to, jak komu minął dzień czy co tam dziś ciekawego w kawiarni obok. Kelnerzy niesamowicie mili, chętnie obsługiwali panów i nie jęczeli, że ciągle się ktoś przysiada, tylko na moment, nic nie zamawia. Ruch jak w niedzielę rano, a to środek tygodnia. Kiedy podeszłam z zamiarem zapytania, gdzie jest toaleta, dostałam odpowiedź nim otworzyłam usta. A toalety – no cóż. Jedyne chyba, które do tej pory widziałam, a w których nie trzeba było trzymać od wszystkiego rąk z daleka. Miejsce pełne uroku, sławy, ale i dobrych manier. Tu nikt nikomu nie przeszkadza. Jada się tu śniadania (złożone z 6 jaj na twardo), obiady (wykwitne sałaty czy wołowinę) albo popija kawę, gorące mleko (standard w menu kawiarni paryskich) czy czekoladę na gorąco. Taką prawdziwą, nie z proszku. Z przyprawami. I taką, po której szklaneczka wody jest konieczna, tak jak po espresso.

Obok tego cudownego miejsca – stoi sobie kościół św. Germana na Łąkach. Już sama nazwa jest absolutnie urocza. Warto zauważyć i doczytać sobie tu i tam, że to, co obecnie pozostało i co widać, to tylko fragmencik ogromnego opactwa, jakie tu było wiele wieków temu. I co ciekawe – opactwem tym zarządzał swego czasu król Polski – Jan Kazimierz. Znaczy się…były król. Jest to ponoć najstarszy kościół w Paryżu, bo jego początki sięgają 542 roku. Spoczywa tu Kartezjusz i wspomniany Jan Kazimierz. Kościół jest inny – jakby mniejszy, spokojniejszy, a w środku – strojniejszy w „malunki”. Teraz, kiedy trochę odstąpiono od remontów jest tu naprawdę ciekawie. Światła jakby przygaszone, a akustyka kościoła nie hiperbolizuje każdego dźwięku. Malowidła są intrygujące, choć niewiele z nich można zidentyfikować. A sam patron – stoi sobie skromnie z boku i przygląda się spacerowiczom.

To nie płaskorzeźba, tylko doskonale odrestaurowane malowidło w kaplicy św. Trójcy

St. Germain des Pres – św. German

Miło tu bardzo. Wychodzimy na zewnątrz, żeby posłuchać Vivaldiego i Pachelbela.

Kierujemy się koło Louisa Vuittona uliczkami do bulwaru St. Michel. Po drodze co kamienica to albo bogata w księgarnię albo w kawiarnię.

Trochę kręcimy się przy Rue de l’Odeon, żeby znaleźć miejsce dawnej księgarni Shakespeare & Company, ale jakoś ani drzewo z książkami ani tablice nie chcą nam się objawić – zapomniałam spisać numery domów.

To na tym drzewie wiszą książki, ale trzeba podejść…bliżej

Zmierzamy dziś wcześniej do domu, bo jutro musimy udać się do Disneya, żeby zdążyć przed weekendem. Po drodze zahaczamy o księgarnie przy bulwarze St. Michel. D. grzecznie czeka pod fontanną św. Michała, a ja buszuję.

Wchodzimy bocznym wejściem do metra (bo tego głównego nie zauważyliśmy, mimo że jako jedne z niewielu ma secesyjne elementy – kwiaty – latarnie nad schodami). I obok budynek pokryte cieniem drzew, które okazują się być złudnym malowidłem. Inna sprawa, że tutaj nie czuć w ogóle upału – platany dzielnie chronią spacerowiczów przed udarem. Doskonała sprawa! 🙂

Tagi: , , ,