News

Jak ugryźć Disneyland?

Jak ugryźć Disneyland?
Okej, może najpierw kilka słów wprowadzenia.
D. nigdy tu nie był, a ja ostatni raz 15 lat temu. Ponieważ
nie zamierzamy się wybrać do Francji ponownie jakoś niebawem… Do tego – w tym roku Disneyland obchodzi 20-te urodziny i jest 20% zniżki na
bilety. Wychodzi i tak sporo, ale przy zakupie online można naprawdę upolować
jakąś dodatkową promocję.

Do Disneylandu dojeżdża bezpośrednio czerwony RER A. Nigdy
nie jeżdżą tu pociągi piętrowe, tylko te stare – śmierdzące i mocno obleśne. Jedziemy
nim bardzo rano, żeby wejść o 10 (bo od 10 jest czynne), żeby uniknąć potem
frustracji. Natomiast jeśli ktoś mieszka w hotelu przy Parku, to może już
wchodzić od 8 rano.Wychodzimy z metra na górę. Idziemy tak jak znaki nakazują,
moje podekscytowanie osiąga…no dość wysoki poziom 🙂 Niestety zapłacimy za to
swoją cenę, ale to za jakiś czas. Z metra niemalże prowadzą nas ogrodzenia,
które mają chyba odpowiednio kierować tłumem. Nie ma zbyt wielu osób, od razu
jesteśmy proszeni (znaczy z marszu) o prześwietlenie plecaka (torby nie) i
idziemy do bramek. Przy bileteriach jest niewielka kolejka, ale my już swoje
paszporty mamy. Paszporty, bo nie jest to zwykły bilet tylko paszport do innego
świata. Jest główny plac, są bramki, przy których stoją bileterzy. Pyka się
tylko kod kreskowy i siup do przodu. Jesteśmy-w-Disneylandzie. Tak, tak! Objechałam
sobie to miejsce przez Google Street View, ale oczywiście na żywo jest miliard
razy lepiej. Jest piękna pogoda, chłodnawo jeszcze i niewiele ludzi. 
Brama główna – przed kasami

I po wejściu w magiczny świat
Moje zdziwienie wzbudzają dziewczynki poprzebierane w
księżniczkowe sukienki. Pierwsza myśl: cóż, rodzice zadbali o przywiezienie
odpowiedniego stroju, to całkiem urocze. Ale prawda dopiero przed nami. Przy
wejściu pozyskaliśmy mapy, ale niestety nie programy (co było dość głupie). Krótko
rozważamy od czego zacząć i idziemy najpierw na kolejkę górską, bo spodziewamy
się, że tam potem może być kolejka. Zanim jednak przejdziemy do atrakcji –
warto kilka słów komentarza tu przedstawić. Otóż – czytanie ogłoszeń się
opłaca! Mapy są pełne takich informacji, ale większość ludzi to olewa, bo są to
informacje na odwrocie. A przecież najważniejszy jest plan atrakcji. Nie, nie,
nie! 
Main Street – ulica ze sklepikami wiodąca do świata magii

Co więc warto wiedzieć:
Ciekawostka nr 1: Park dzieli się na 4 krainy:
Discoveryland, Fantasyland, Frontierland i Adventureland. Pierwsza działka to
kosmos i wszelkie odkrycia, fantazja to raj dla maluchów – głównie bajki,
frontier – to dziki zachód i ostatnia kraina to przygoda przez spore P. (Od razu napomknę, że zdjęcia nie ilustrują bezpośrednio treści, ale mają oddać ducha miejsca :))
Zamek Śpiącej Królewny – centralny punkt

I wnętrza (ku mej rozpaczy tylko 1 piętro można obejrzeć)

Są witraże (D. wolał te niż w St. Chapelle)

Jest arras ze smokiem

I „prawdziwy” smok w jaskini Merlina

Dbałość o szczegóły zadziwia w całym Parku
 Złota rada nr 1: nie zakładamy „zwiedzania” krainami, tylko
od najbardziej obleganych aktywności. My jakimś cudem wpadliśmy na to po
wejściu i okazało się to strzałem w dziesiątkę. Jeśli ktoś słyszał o słynnych
kolejkach u Disneya – owszem są. Ale stoją w nich jedynie ci, którzy stać chcą
na własne życzenie. 
Piraci…

oraz Dom Duchów – dwie najbardziej oblegane atrakcje
 Złota rada nr 2: my nie wiedzieliśmy tak do końca co nas
interesuje i co będziemy chcieli na własnej skórze odczuć. Udaliśmy się więc
najpierw na górską kolejkę u Indiany Jonesa. Potem zaś na Piratów z Karaibów,
bo byli obok. Idąc, idąc, idąc, idąc, labiryntem sznurków wyobraziliśmy sobie,
że tu za jakiś czas będą kolejki. I po Piratach zapytaliśmy przemiłego człeka z
obsługi – co poleca, co jest najbardziej kolejkogenne. Wskazał nam takie
miejsca i z nich wybraliśmy to, co chcemy zobaczyć. 
Mapowe rozważania z Muminkami w tle
 Złota rada nr 3: jeśli mamy wiedzę CZEGO chcemy, to ruszamy
do danego miejsca żwawym tempem. U Indiany Jonesa i u Piratów nie czekaliśmy
dłużej niż 5 minut na wejście, co dla mnie było szokiem. Do domu duchów
staliśmy jakieś 15 minut i ten czas wykorzystaliśmy na przeczytanie informacji
o poszczególnych miejscach, zaznaczenie na mapie
gdzie na pewno idziemy i gdzie
na pewno NIE idziemy. To potem niezwykle ułatwia sprawę, gdy trzeba podjąć
decyzję – tu czy gdzie indziej? Mieliśmy zaznaczone co chcemy i nie traciliśmy
czasu na powtórne analizowanie możliwości.
Krótka kolejka do Domu Duchów, a w tle wrzaski z kolejki górskiej na wyspie

Arcydzieło jeśli chodzi o wrażenia estetyczne

I znów – dbałość o szczegóły
Złota rada nr 4: czytaj to, co jest z tyłu mapy. Niestety
raz zdarzyło nam się stanie w ogonie do górskiej kolejki w kopalni blisko 40
min. Byliśmy już na skraju wytrzymałości, a powstrzymała nas perspektywa
przeciskania się przez wąskie alejki wypełnione ludźmi. Dotrwaliśmy i to była
dobra decyzja, ale odkryliśmy coś takiego jak FASTPASS. Otóż – dla wnikliwych
Park przygotował fajne rozwiązanie. Do aktywności, które są najbardziej
oblegane można przyjść, podejść do specjalnych bramek i tam pyknąć biletem, żeby
wyskoczył nam…inny bilet czyli Fastpass. Pokazuje on godzinę (zazwyczaj to
przedział czasowy) np. 12.10-12.40, w jakim trzeba się zjawić w kolejce z
osobnym wejściem dla tych biletów. Wówczas czas stania to zazwyczaj max. ok.
10-15 minut. Po wycieczce kolejką górską przeszliśmy po wszystkich
aktywnościach z fastpassem i zebraliśmy wszystkie te, na których nam zależało. Minusem jest to, że trzeba o konkretnej godzinie zrezygnować z bycia gdzieś
indziej na rzecz krótszej kolejki. Ale…jest to przepustka do raju.
Rzeczywiście staliśmy potem max. 15 minut, podczas gdy do tego miejsca kolejka
pokazywała czas oczekiwania 70 minut! Oczywiście fastpassy nie są nieskończone,
więc trzeba ten temat szybko ogarnąć i zagospodarować swój czas, żeby potem się
nie denerwować.
Discoveryland – raj dla D.

Absolutnie najlepszy roller coaster ever!
 
Złota rada nr 5: warto brać i czytać również program. Otóż
tak się składa, że w ciągu dnia są np. parady postaci Disneya albo inne
wydarzenia, które gromadzą tłumy na placu głównym. Wszystko fajnie, o ile nie
planuje się wtedy tamtędy przechodzić – masakra! Ale jest też plus – bo w tym
czasie warto skorzystać z obleganych miejsc, bo będą oblegane…mniej! I tak w
czasie parady ok. 19.00 wyludniły się 3 bajkowe miejsca, na które wchodziło się
od razu – bez pół sekundy stania w kolejce. 
Wejście do It’s a small wordl oraz pociąg jadący dookoła Parku

Migawki z podróży łódką

Jest i reprezentacja Polski!

Azja

Były też owce! 😀
Ciekawostka nr 2: na stronie Parku jest wyraźnie
powiedziane, że nie wolno wnosić własnego jedzenia i picia. Prawda. Nam udało
się zupełnie przypadkiem przemycić w zapomnianej kieszeni plecaka butelkę i 3 babeczki.
O ile z zakazem dot. jedzenia się zgadzam, to co do picia mam wiele
wątpliwości, ponieważ w upalne dni może się to źle skończyć. Dlaczego? Otóż picie
i inne artykuły do spożywania można tu nabyć w 4 rodzajach miejsc:
1) kioski i budki porozstawiane wszędzie – tu zazwyczaj
słodycze, jabłka w lukrze, czipsy (najdroższe jakie widziałam w życiu), lody,
orzeszki, itp. Drogo i raczej niezdrowo.
2) Restauracje niskobudżetowe – gdzie posiłek można zjeść za
mniej niż 16 euroli.
3) Restauracje dla średniaków – gdzie posiłek to koszt rzędu
16-26 euroli
4) Restauracje na wypasie – posiłek powyżej 26 euroli, ale w
towarzystwie bajkowych postaci
Oczywiście na mapie jest wszystko oznaczone, nie trzeba się
natrudzić, aby znaleźć te tanie i te drogie miejsca – to jest ogromny plus. Natomiast
same posiłki to taki gorszy McDonalds. Jest oczywiście też opcja dla alergików,
bezglutenowców i wegetarian
– miłe! 
Niestety drogie jest picie – a
zwłaszcza woda. Można co prawda kupić 1 butelkę, a potem ją napełniać w
źródełkach
, ale po pierwsze mało kto czyta mapę i źródełka zauważa, a po drugie
– nie każdemu się chce, a dzieci bywają niecierpliwe. Więc naprawdę rzadko
widzi się ludzi pijących, co jest po prostu złe i mroczne, bo właściciele mogliby wręcz zachęcać do
spożywania odpowiedniej ilości płynów! My dzielnie szukaliśmy źródełek i nie
było z tym problemu.
Jedna z tańszych restauracji – gdzie stoły zorganizowano dookoła brzózek i klombów z kwiatami

U Królewny Śnieżki i 7 Krasnoludków

Kiosk z przekąskami i pamiątkami

Herbatka u Kapelusznika

Najdroższa restauracja – u Kopciuszka
 Ciekawostka nr 3: pisałam wcześniej o strojach księżniczek. Otóż
robiąc rutynowy obchód sklepików, generalnie zauważyliśmy, że można kupić
stroje dla dzieci! Kosztuje to 79 euro, więc niemało, ale naprawdę masa dzieci
w czymś takim sobie spacerowała: strój Piotrusia Pana, Kowboja, Pirata,
księżniczek przeróżnych. Do tego oczywiście w sklepach, zależnie od Krainy,
miliony maskotek, zabawek, mieczy świetlnych za 200 euraków, kolorowanek,
książeczek, kubków, breloczków i co tam jeszcze może być. Jak dla mnie
wszystkie te rzeczy (z małymi wyjątkami) są okej, bo raz – że porządnie
wykonane, dwa – estetyczne, trzy – nie takie drogie (taniej niż w sklepach
Disneya). A można też kupić rzeczy typowo użytkowe i jak słowo honoru nie są
one obleśne albo dziecinne! Każdy znajdzie coś dla siebie, a do tego sklepików
jest tak dużo, że nie ma specjalnych kolejek. Kupując coś większego dostaje się
solidne torby albo nawet worki (np. na stroje). Ponadto jeśli ktoś zrobi zakupy
przed 15.30 może je zostawić do przechowania albo podać nazwę hotelu i numer
pokoju i bezpłatnie będą tam dostarczone.
Galeria przy Main Street – od tyłu

Sklep Królewny Śnieżki

Popołudniu nieważne było gdzie się siedzi – byle siedzieć w oczekiwaniu na paradę

Typowy kramik
 Złota rada nr 6: nie pozwalaj, by przy Tobie palono. Francuzom
czy Niemcom to wisi, a znaków o zakazie jest niewiele. Warto się jednak swojego
prawa domagać, bo ludzie naprawdę nie mają wyobraźni.
Labirynt Alicji – tu wchodzi się bez kolejki, tylko trzeba wiedzieć gdzie iść 😛

Jest też droga na skróty

Kicia!

Ten to miał życiową filozofię, mój mentor!

Nie lubię tej sceny z Alicji (tej morskiej znaczy), ale tu ludzie też biegali dookoła chlupoczącej wody i krzyków zwierzaków…

Zaczyna się robić…niebezpiecznie

Królowa Kier chwilowo wyszła, więc można było pobuszować w zamku

A na koniec herbatka!
 Złota rada nr 7: po wejściu tutaj włącz tryb cierpliwości i
wyrozumiałości
. Przydatny w stosunku do rodziców z maluchami, ale i do ludzi,
którzy pięknie włażą w kadr.
Kręcące się filiżanki…

…i karuzela Lancelota – zbiorowa radość z kręcenia się w kółko 🙂
 
Ciekawostka nr 4: Na mapie zaznaczone są aktywności, które
mogą przestraszyć młodsze dzieci
, co jest po prostu super! Są też zaznaczone
najbardziej malownicze miejsca. A także te zabawy, które mogą być niebezpieczne
dla ludzi o wątłym zdrowiu oraz dla matek w ciąży
. Te ostrzeżenia zawsze są
powtarzane przy wejściu do danej aktywności.
Pinokio jest „atrakcją” bardzo mroczną i moim zdaniem zupełnie nie dla maluchów

Za to kraina miniatur? Nam się nie udało, ale wyglądało dość…sielsko i pastelowo

A po drodze…sklepiki wróżek Kopciuszka i pewna fasola…
 Ciekawostka nr 5: Obsługa Parku jest na najwyższym poziomie.
Jeśli Kopciuszek schodzi z warty, to aż do samej furtki jest przemiła, macha
dłonią i staje, żeby można było zrobić sobie zdjęcie. Nie ucieka, nie warczy –
profesjonalizm do końca, mimo zmęczenia – wielka rzecz! Ponadto każdy pracownik
ma plakietkę z przypiętymi flagami – w jakich językach mówi. Też przydatne. I
jeszcze jedno – wszyscy poświęcają gościom 100% uwagi. Kupując 2 długopisy,
Pani w kasie zapytała czy je zapakować, zapytała też jak minął dzień i czy nam
się podoba. Potem przyjęła płatność i dopóki nie odeszliśmy od kasy i nas nie
pożegnała nie wyciągnęła ręki po rzeczy do następnego klienta. To trwa dłużej,
ale jest niesamowite miłe. Nie to co w Empiku, jak ja pakuję paragon do
portfela, to Pani zdąży już obsłużyć następną osobę.
popołudniowy tłumek
Złota rada nr 8: czytaj program – dowiesz się, które
aktywności zamykane są wcześniej ze względu na finałowy pokaz! Eh…
Aby znaleźć bohaterów bajek trzeba było nieraz naprawdę pokluczyć po ogromnym terenie
 
Ciekawostka nr 6: Nie wszystkie czasy przy wejściach
podane prawidłowo, czasem ktoś sobie zażartuje i zmajstruje psikusa.
Kolejna aktywność bez kolejki – dom Robinsona na drzewie

Złota rada nr 9: Jeśli gdzieś jest kolejka, warto iść dalej.
My tak zrobiliśmy z filiżankami – nie mieliśmy na to presji, a dwa razy jak
podeszliśmy był ogon. W końcu, koło 20 jakoś się zrobiło luźno i weszliśmy bez
chwili stania
Kolejka Indiany Jonesa – niezbyt dobry wybór jak na pierwszy raz. Poza tym krótko i ostro

Za to kolejka w kopalni – to jest dopiero odlot!
 Co polecamy? Na pewno Dom Duchów (rewelacyjna technologia
wykonania samych duchów!), wszystkie kolejki górskie, z czego tę w
Discoverylandzie najbardziej (ale potrzebne są mocne nerwy), It’s a small
world, Piratów z Karaibów, labirynt Alicji w Krainie Czarów (zwłaszcza że bez
kolejki).
Co do kolejek górskich, to ja się porządnie obtłukłam w
Indiana Jones – jakieś to średnio wygodne, a obraca na wszystkie strony. Ta we
Frontierland jest ekstra, całkiem długa i naprawdę niesamowite przeżycia za nią
idą, a nie obraca o 360 stopni. W Discoverylandzie kolejka ma takie
przyspieszenie, że aż się popłakałam, ale jest rewelacyjna.
Wytrwali (i naiwni) próbowali wyciągnąć Eskalibur…
Ja osobiście uwielbiam It’s a small world, choć melodyjka
robi z mózgu papkę. Ale jest uroczo i po wielu bodźcach i innych atrakcjach tu
można po prostu odpocząć w łódce.
Poza tym…miejsce jest bardzo przyjazne naturze – wszędzie kwiaty,
drzewa, bardzo zadbane i dopilnowane. I wszędzie króliki 🙂
Zadanie: znajdź królika
 Niestety przez poranną ekscytację i moje niezdecydowanie później, uciekł nam RER. Skubany odjechał o czasie! A ja w drodze DO zupełnie nie mogłam się skupić którędy idziemy, żeby potem z łatwością to odtworzyć. Inna sprawa, że jak wracaliśmy było już ciemno i zupełnie inaczej wszystko wyglądało. Mogłabym przysiąc, że wracaliśmy inaczej, choć droga jest jedna. Na szczęście moja przezorność spowodowała, że na złości na siebie się skończyło, bo nawet pojechanie następnym pociągiem nie powodowało konsekwencji o wdzięcznej nazwie: spacer powrotny 3 km pod górkę. Warto jednak przeznaczyć aż 15 minut (ja założyłam 5…) na dojście od wyjścia do odpowniedniego peronu. Po drodze wsiedliśmy też niechcący w TGV i cudem wysiedliśmy, bo ktoś wpadł na pomysł, żeby nam powiedzieć, że to może nie być ten pociąg. Inaczej byłoby…ciekawie. Po prostu – potrzeba czasu, ale i skupienia i czytania drogowskazów. Pośpiech zdecydowanie niewskazany, bo po co po dniu tak pełnym pozytywnych wrażeń psuć sobie nastrój? 🙂
szata wieczorna

Tagi: , ,