News

Kamienna Góra przelotnie, Unisław Śląski, Sokołowsko i Krzeszów

Kamienna Góra przelotnie, Unisław Śląski, Sokołowsko i Krzeszów
Zaliczyłyśmy już najbardziej oddalony na południe punkt
wycieczki – czyli Kotlinę Kłodzką i powoli (niestety) suniemy ku górze. Choć
nie chcę się tym dzielić z M., ale czuję że po prostu co najlepsze to za nami. Łolaboga,
pada deszcz, jest chłodno i jakoś wszystko jest nie tak, jak być powinno. Jedziemy
sobie, jedziemy, nagle drogowskaz i skręcamy. W drogę wojewódzką na Unisław
Śląski
.
To było w Głuszycy (wiecie, tej od podziemnego miasta). Zawracamy, bo
droga nie wygląda na inną niż osiedlowa. W biegu włączam GjePeeS. Już, już
prawie mamy wracać z powrotem na przelotówkę głuszycką, kiedy GPS potwierdza:
to JEST ta droga. To naprawdę droga wojewódzka nr 380. Podejmujemy zatem
wyzwanie i próbujemy. Jest malowniczo. Jak w górach, w Karpaczu rok temu.
Zakręty, przepaście, góry, kamienie i absolutnie magiczny las. Lekka mgiełka,
deszcz delikatnie dodaje animuszu zieleni. Wszystko pięknie, tylko nam się
trochę spieszy, bo jesteśmy umówione w Kamiennej Górze. Szybciej się jechać nie
da z kilku powodów – po pierwsze jest dość mokro i ślisko. Po drugie – droga daje
miejsce dla jakiegoś…1,5 samochodu osobowego. Już raz minęła nas ciężarówka,
więc każdy zakręt bierzemy z zapartym tchem, bo nie wiadomo co i kto się czai
za rogiem. Jest masa miejsc, gdzie nawet nie ma jak zrobić mijanki. Po prostu
przygoda, z której na szczęście wyjeżdżamy w Unisławiu obok obłędnych ruin, ale
o tym później. Tu zmieniamy się w biegu miejscami i do Kamiennej Góry prowadzę
ja. Póki się da – grzejemy drogą krajową. W Kamiennej czeka nas trochę
niespodzianek, spotkanie przesuwamy, tu się denerwujemy, tu ktoś niepoważny. Nie
ma to, jak ludzie, którzy nie rozumieją, że to nasz 5. dzień drogi i ileśset
kilometrów za nami i naprawdę godzina w tą czy w tamtą ma znaczenie. Jako
mistrzynie zen i cierpliwości – opanowujemy się jakoś i generalnie czekamy. A
gdy zbliża się godzina zero, bardzo inteligentnie wstukuję w niezawodny
przecież GPS hasło „rynek, kamienna góra” i ruszamy. Po chwili wyjeżdżamy 5-tką
z Kamiennej. Hmm…no nic, jedziemy twardo dalej. Przez jedną wieś, drugą.
Pewnie naokoło, lepszą drogą. Nagle wjeżdżamy do Chełmska i GPS pokazuje koniec
drogi. Oh, naprawdę? Jak cudownie, że się zrozumieliśmy. Straciliśmy masę
czasu, pokornie zawracamy i dalej jedziemy już na czuja. Zastanawiam się, czy w
samochodzie jest papierowa torebka, żebym mogła założyć ze wstydu na głowę.
Jakoś dziwnym trafem nie. I tylko M. w miarę zadowolona, bo będzie mieć kreskę
więcej na mapie, Skubana!
Po spotkaniu, podziwianiu widoków, wypełnianiu ankiet i
innych formalnościach, udajemy się na obiad do centrum. Kamienna generalnie
jakoś nam rok temu tyłków z wrażenia nie urwała (nawet zamek jakiś taki…),
ale zasięgnęłyśmy języka i idziemy do kawiarni u Leszka. Doskonale urządzona,
na żydowską modłę restauracja serwuje dania zaiste wyborne, pięknie podane i
absolutnie i obłędnie przepyszne. Biada temu, kto był w tych stronach i jadł
gdzieś indziej. I kiełbaska na przekąskę pyszna i samo danie główne. Herbata w
czajniczku okazuje się nie mieć końca, a czajniczek prawie bez dna. I sam pan
Leszek jest postacią wyjątkową, z podkręconym wąsem, który manierami niejednego
pewnie mężczyznę zawstydził.
Najedzone, kierujemy drogę samochodową do Unisławia, gdzie
czeka ruina kościoła. Drogi boczne prowadzące w tamtym kierunku są urocze, ale
potwornie dziurawe. M. po drodze opowiada mi, dlaczego na konie nie mówi się „kolorowe”,
gdy mają kilka maści i jak należy to konstruować. Opowiada też o siodłach,
strzemionach i sytuacjach zapierających dech w piersi, a mnie pobolewa tyłek na
wspomnienie ostatniej jazdy. W Unisławiu kościół…no cóż. Nie wygląda tak
dobrze jak 7 lat temu. Ściany się zawaliły, razem z dachem, ostała się jedynie
wieża. Pierwsze co przychodzi do głowy, to oczywiście pytanie ile jest takich
miejsc, których nie zdążymy zobaczyć, bo się zawalą? Ile kościołów
ewangelickich, co to ponoć w nich diabły mieszkają runie nim o nich napiszę? Robimy
smutny obchód w milczeniu i kierujemy się w drogę powrotną. 

Ten kamienny grzmot po prawej to dawniej ołtarz, a fioletowe kwiaty to wierzbówka

Po drodze
zajeżdżamy do Sokołowska, które było jednym z pierwszych uzdrowisk, gdzie
skutecznie leczono gruźlicę. Ostał się tam budynek największego domu zdrojowego
Grunwald, który jest imponujący. Jest też sporo innych budynków, a w mieście
trochę czuć, jakby zatrzymał się czas. Z głównej drogi, wjeżdżamy w małą, wąską
jezdnię, aby gdzieś między górami znaleźć Sokołowsko i w deszczu się nim
zachwycić. Miejsce wyjątkowe, a gdyby ktoś zechciał pomóc w odbudowie Grunwaldu
– można poczytać o tym miejscu tu: http://forum.investmap.pl/remonty-kamienic-zabytkow/odbudowa-sanatorium-grunwald-t225.html
W Sokołowsku mieszkał za młody Kieślowski, co jest widoczne w paru miejscach, między innymi na tablicy pod słynnym balkonem. Ponadto chciałyśmy tu zobaczyć cerkiew św. Michała, ale niestety zapowiadało się to na dłuższą wyprawę, a my byłyśmy zmęczone i mokre. W każdym razie warto, bo zdjęcia z Sokołowska kuszą, aby je lepiej poznać: www.sokolowsko.pl 
Ah i co więcej! To dzięki Sokołowsku mamy Zakopane – gdyby Chałubiński nie przybył tu i nie rozpoczął poszukiwań podobnego miejsca w innej części Polski – no cóż… 🙂

Główny budynek sanatorium dr Brehemera – Grunwald

Przepiękny wykusz

Sokołowsko by car

 

Pozostałości PRLu – ale urocze!

Wracamy na nocleg do Krzeszowa. Mieszkamy u sióstr
Elżbietanek, z dala od klasztoru, którego ja osobiście nie znoszę. Przepych,
centrum pielgrzymkowe i zakaz robienia zdjęć. Nie wnikając za bardzo w szczegóły
nie czuję takich zgromadzeń i co więcej – próbować nie zamierzam. Częstochowa
przekonała mnie do tego skutecznie. Mieszkamy w małym domku z pięknym ogrodem. Siostry
witają nas dość szorstko i trochę podejrzliwie. Pokój mamy duży, choć problemem
okazuje się uzyskanie rachunku czy innego dokumentu księgowego. Wieczorem przyjeżdża
jakaś grupa, ale cicho jest. Tylko w nas jakiś taki…niepokój.
Tagi: , , , ,