News

Konie, Kłodzko, Piszkowice, Nowa Ruda i fruczak

Taki nam się zrodził pomysł na niedzielę, żeby zacząć
od….jazdy konnej
 (że śliweczki, koszulka i skarpetki się ładnie komponujo)

Ponieważ M. jest wybornym jeźdźcem (co to anglezuje bez
trzymania nóg w strzemionach – jakby to w ogóle możliwe było 🙂 ), a ja siedziałam
na koniu razy kilka raptem – zapowiada się ciekawie. Zostawiamy rzeczy w hotelu
i lecimy na spotkanie z końmi. Trzeba się ostro wspinać pod górkę, więc jak
dochodzimy, to jesteśmy już mniej więcej na etapie zawału serca. Jest raniutko,
a już doskwiera upał. Konie wychowane są na metodach naturalnych. M. pokazuje
mi, jak się je czyści, jak się obchodzi dookoła i generalnie z nadmiaru tej
wiedzy postanawiam zastygnąć w miejscu i na wszelki wypadek w ogóle zniknąć. 

Okazuje się to nierealne i Pani Instruktor każe mi złapać konia za szelki i sru
z nim do bramy. Przeżywam chwile grozy mówiąc czule do konia, żebyśmy sobie
nawzajem wstydu nie narobili. M. rusza w teren, ja drałuję za nimi i rozkładam
swój pikniczek w oczekiwaniu aż wrócą. Widoki są nieziemskie, cisza, spokój.
Wieje wiatr, praży słońce. Wkładam spodnie do jogi, zmieniam buty i
kontempluję.

Co do wrażeń z własnej jazdy dodam tylko, że było uroczo.
Okazuje się, że joga powoduje kosmiczne przyspieszenie w nauce jazdy, bo
elastyczność ma się przednią i to wiele rzeczy ułatwia. Jeżdżę więc sobie po
wybiegu na Zenku i razem staramy się pokonywać różne wyzwania. Koń nie ma
więzadła, więc prowadzi się go inaczej. Jest to na pewno najlepsza lekcja w
moim życiu i chyba najbardziej urocze pół godziny w tym miesiącu. Ponieważ
konie trzeba sprowadzić potem w dół, do cienia, zjeżdżamy ja i Zenek i jest to
mój pierwszy w życiu teren. Poza drobnym przystankiem na obgryzanie lipy i
poszukiwanie mniej wyboistej drogi, żeby się nie poślizgnąć wszystko idzie doskonale.
Koń się tuli, ja umieram z przerażenia, a potem dosłownie zbiegamy i pędzimy do
hotelu na błyskawiczny prysznic, bo już dawno skończyła się doba. W Koniuszym
są jednak bardzo cierpliwi, a ja wzięłam chyba najkrótszy prysznic w życiu.
Wbijamy się w samochód i staramy się spokojnie przemyśleć co dalej. Jest
południe, więc żar z nieba się leje taki, że klima ledwo dyszy i my też.
Jedziemy do Kłodzka na obiad i minizwiedzanie. Droga jest
prosta i znana. W Kłodzku są akurat dni tradycji, więc zachęcona i jeszcze
mocniej ucieszona (po konikach ciężko było to przebić) nabieram sił. Na
uliczkach porozkładali się przeróżni handlarze, ale wszystkich łączy jedno –
starocie. M. nie może przejść obojętnie obok tych wszystkich staroci, zresztą
tak jak i ja – bo mamy na to inne spojrzenie. Po głowie tłucze nam się pytanie
– z którego to pochodzi pałacu? Co zostało okradzione kiedyś, żeby znaleźć się
dzisiaj tu? Czyje są te zdjęcia, portrety, jakie dusze mają te przedmioty, co
widziały? Na rynku Kłodzka sporo turystów.

Kościół jezuicki – niestety zamknięty

Muflon!

W oddali majaczy twierdza, jednak i
ta nas nie przekonuje i nie zachęca. Szukamy lokalu na obiad i ponownie jest z
tym problem. Przy okazji krótki sajtsijing. Lądujemy na moście podobnym do
mostu Karola w Pradze. Też stary, piękny, z rzeźbami po bokach, tylko o wiele
krótszy. Przed nami piękny kościół i śliczne kamienice. 

Festiwal tradycji to
nic innego jak budki z produktami regionalnymi, więc czuję się zawiedziona.
Rzucamy okiem i niestety nic typowo regionalnego tu nie występuje. Ciekawe są
miody z dodatkiem ziół, ale to chyba nie w tym rzecz, żeby mięta zabijała
wielokwiat i na odwrót. Zmierzamy do knajpy Casa del Oro, którą z całego serca
odradzamy. Obsługa opieszała, tak jakby o nas zapomniano. Wybór średni. I na
koniec kiedy już prawie leżałyśmy pod stołem z głodu, kelner oznajmił, że
buraczków M. nie dostanie. Trochę nas już szlag trafiał, ale dzielnie
wytrzymałyśmy, a buraczki magicznie pojawiły się na talerzu (choć nie
widziałyśmy, żeby wracały na czyimś talerzu, wierzymy że świeże). Suche to
wszystko i jakieś takie nie bardzo. 
Opuszczamy więc Kłodzko i bocznymi drogami
prujemy do Piszkowic. Po drodze malownicze wsie i cudne widoki na Szczeliniec w
oddali. 

I zaczyna się…jazdka. Piszkowice nie są tam, gdzie są na mapie. Nie
pomaga GPS, nie ma zasięgu w telefonie. Nazwa widnieje na mapie, ale przy
różnych drogach. Próbujemy zatem od nowa – wjeżdżając od drogi kłodzkiej przez
inne wsie. I znów – góra, dół, lewo, prawo, lewo, lewo, góra, dóóóóół i nic!
Pytamy w sklepie spożywczym. Pani wyciąga własną mapę i tłumaczy, że trzeba
przy CPNie. Wracamy tym razem góóóóóóóra, dół, prawo, prawo, lewo, prawo, góra,
dół i jedziemy w stronę Kłodzka. Dojechałyśmy z powrotem do Kłodzka, a CPNu nie
ma. Wracamy. Dopiero przy 3 wjeździe udało się namierzyć Piszkowice. Pałacu nie
trzeba było długo szukać, wzgórze widać z daleka. Kulturalnie parkujemy i
obchodzimy, próbujemy wejść do środka. Widać że w czasach PRLu coś tu się
działo, wszędzie jeszcze resztki systemu. Szkoda, że zachowało się tak
niewiele. Schody celowo zniszczone, na górę wejść się nie da. Choć sam budynek
w dobrym stanie. Później dopiero dowiedziałyśmy się, że była tu szkoła.

Poszłyśmy też w górę do kościoła, gdzie było absolutnie
przemiło. Dotacja na odnowę fasady zaowocowała rażącym w oczy pomarańczem.
Wokół aksamitki, nagietki. Urocze ogłoszenia na tablicy (o kompostowaniu), w
środku również przyjemnie. Pozytywna atmosfera, a w okolicznym ogródku suszył
się pluszowy wąż. Złapał nas deszcz, więc aż przyjemnie było umyć nieco ręce po
łażeniu po gruzach.

Zmęczone tą jazdą we wszystkich kierunkach – udałyśmy się do
Nowej Rudy na nocleg. Udało się nam znaleźć miejsce absolutnie warte uwagi –
Dwór Górny
Jest to rzeczywiście dawny dwór, który ktoś ocalił od zapomnienia i
zrobił w nim hotel. Odnowiony z zachowaniem detali, w środku bardzo przyjemnie,
a i pokój bardzo fajny. Nasza radość jest przeogromna, idziemy więc na spacer. Po
drodze do rynku niestety bród i ubóstwo. Aż przygnębiający jest to obrazek,
podobnie trochę jak w Wałbrzychu. W kieszeni mam raptem 20 zł, ale próbujemy
wejść do kawiarni, z nadzieją, że zjemy drobną kolację tu zamiast zaopatrywać
się w Żabce. Jakież było nasze zaskoczenie! Za 15 zł dostałyśmy 6 przepysznych
grzanek z pomidorami, oliwą i świeżutką bazylią oraz napoje. To była absolutnie
mistrzowska kolacja i jaka pyszna! A obsługa? Cudowni i wspaniali ludzie.
Polecamy gorąco – kawiarnia na rynku pod arkadami jest raptem jedna. Korzystajcie,
bo inaczej miejsce to zniknie na amen. 

Siedząc i napawając się zbliżającą się
burzą i chłodem coś nam zamigało przed oczami. Czy to szerszeń, czy to
nietoperz?! Nie, to FRUCZAK proszę Państwa, czyli polski koliber, który jest
owadem 🙂 Aby dowiedzieć się więcej zapraszamy po pierwsze tu: 
a po drugie na
Dolny Śląsk, bo te wspaniałe stworzenia tylko na południu można spotkać. Nowa
Rudo – dziękujemy za te piękne wrażenia! (A ja dziękuję tej kici za rozmowę i pacanie łapkami okna :))
Tagi: , , , , ,
  • msz

    Opis jazdy konnej <3
    I chyba chodziło o wędziło, bo więzadło to w nodze gdzieś 😛
    Co do fruczaka to ktoś mówił (myślałam że w ogóle Ty), że fruczaki w lecie można spotkać w całej Polsce jednak. Ale trzeba by to jakoś sprawdzić bo to też nie jest pewne