News

Krzydłowice, Dziewin i gościnnie Trzebnica

Krzydłowice, Dziewin i gościnnie Trzebnica
Noc była trudna. M. się nieźle pochorowała, a ja miałam
jakieś dziwne sny. Poranek nie jest lekki, a śniadanie generalnie obrzydliwe.
Czeka nas dziś kolejna wizyta – w Wołowie, a po drodze 2 przystanki. Jedziemy
najpierw do Krzydłowic.
Dojazd prosty, a pałac dość dobrze widoczny. Otoczony
dawniej fosą, wali się w ciszy na wyspie. Nic się z tym miejscem nie dzieje,
poza imprezami i balangami, których ślady widać przy dawnym przejściu do
pałacu. M. zostaje w samochodzie, a ja po szybkim obchodzie do niej wracam. 

Próbujemy odnaleźć Dziewin. Nie jest łatwo, bowiem jedzie
się koło Żelaznego Mostu, a jest to gigantyczne jezioro ze szlamem
towarzyszącym wydobywaniu miedzi. Jest tu gdzieś w okolicy pamiątka po
miasteczku, które niestety takim syfem zostało zalane, przechodzą mnie ciarki i
zdecydowanie nie trzymamy się przepisów drogowych względem prędkości. Do
Dziewina droga pokręcona i niełatwa, a wyboje wypraszają M. z nastroju. Sama
miejscowość jest urocza – piękne domki, widoki, łęgi nadodrzańskie. Pałacu z
daleka nie widać. Wystaje ledwo ponad drzewa. Przypuściłam dwukrotnie atak, ale
generalnie bez krytych butów i kogoś do towarzystwa – nie ma mowy. Pokonana
zrobiłam jeszcze parę kroków po wsi i skierowałyśmy się do Wołowa.

O Dziewinie poczytać warto, bo był on piękny i jako niejeden
zachował sporo renesansowych elementów: http://zamki.net.pl/zamki/dziewin/dziewin.php

W Wołowie, szybko i sprawnie, choć miejscowość taka sobie.
Ponieważ to ostatni punkt planu pracy, postanawiamy przed podróżą powrotną udać
się na obiad. Dałyśmy szansę Trzebnicy, która jest po drodze i gdzie jest sporo
o kotach

Ale niestety żadne miejsce nas nie satysfakcjonowało. Ostatecznie
wylądowałyśmy w Oleśnicy, w pierogarni, gdzie M. zjadła niezłe pierogi z
jagodami, a ja schabowego, który generalnie ziemniakami mógł mnie pewnie zabić.
Tak właśnie minął nasz ostatni obiad, który miał być na wypasie. W drodze
powrotnej zaliczyłyśmy korek, drogę nr 8, która nie istnieje, Lututów, a także
zdechły nawiew w samochodzie (działała jedynie 4) oraz głupawkę w Łodzi i późny
powrót do Warszawy.

Byłam tak zmęczona, że nawet aż tak dramatycznie tego nie
przeżyłam.

A od jutra rana…przygotowania do Paryża!
Tagi: , , , ,