News

Złotoryja, Lubków, Tomaszów Bolesławicki, Bolesławiec

Złotoryja, Lubków, Tomaszów Bolesławicki, Bolesławiec
Śniadanie było wyborne. Powidła śliwkowe domowej roboty,
smalczyk, pomidorki z ogródka, ogóreczki. Ah! Niesamowita gościna. Pakujemy się
i obieramy kierunek na Bolesławiec. To prawie 160 km stąd, więc nie ma co
jojczyć, tylko pakujemy się do samochodu i basta.

Droga jest stosunkowo prosta, choć po drodze zaliczamy
jeszcze objazd i stado owiec oraz stację benzynową. Gubię pilota do transmitera
fm, którego potem cudownie odnajduję. Przejeżdżamy też przez miejscowość, która
się nazywa Dobków i w 2011 zdobyła tytuł najładniejszej wsi Dolnego Śląska. Naszym
zdaniem nie do końca słusznie, ale może po prostu po 2 latach się tak
zapuścili? Niemalże wszędzie po drodze we wsiach jakieś opuszczone domostwa,
stodoły, inne zabudowania. Potrzeba by dni na to, żeby te miejsca dokładnie
spenetrować.Po drodze zaliczamy
Złotoryję, trochę na moją upartą prośbę, bo w sumie miasto jest ładne, kościół
jest wręcz przepiękny. M. dyscyplinuje moje zapędy zwiadowcze i ograniczamy się
do kościoła i rynku oraz kawałka ulicy. 

Złotoryja właśnie

Przepiękne lektorium

I ambona
Jedziemy do Lubkowa, gdzie czekają na
nas ruiny pałacu. W Lubkowie jest dość…śmiesznie. Pałac znajduje się na widoku, w
zasadzie wstęp jest niczym nie ograniczony – nie ma tabliczek, ogrodzeń. Czujemy
się jak u siebie, z tą tylko różnicą, że w fotografowaniu przeszkadza siatka z
boiska do piłki nożnej. W środku ciekawie, sporo szczegółów, ale też bez szału.
Udało nam się dość wysoko wejść, choć w zasadzie nie ma tam aż tak wiele do
podziwiania. 

Lokalny folklor
Zaliczamy wizytę w spożywczym i jedziemy dalej, do Tomaszowa
Bolesławickiego.
Zajeżdżamy. Najpierw robimy najazd na kościół ewangelicki. Po
dłuższych poszukiwaniach klucza, odpuszczamy, bo wnętrza można obejrzeć tu: i
trochę przez szpary w deskach. Miejsce już nam się podoba, może być wyjątkowo. 
Źródło: http://www.forgotten.pl/uploaded_images/1025-Barrenn-2012285094953.jpeg
 A na stronie http://www.forgotten.pl/miejsce.php?id=1025 można znaleźć więcej niesamowitych zdjęć tego miejsca.
Podobno były tu dwa dwory, jednego niestety zupełnie już nie ma. Udajemy się
zatem do drugiego. Ponieważ było to jedyne takie miejsce w czasie wyprawy, to
pozwolę sobie powiedzieć, że pałac ten należy do kategorii „o ku#wa!”. Nie ma
sobie równych i generalnie aż łzy płyną do oczu, kiedy pomyśleć o czasach
świetności. Jest absolutnie gigantyczny. Absolutnie w dobrym stanie. Dookoła
zabudowania już się walą, ale pałac dzielnie trzyma fason. Zresztą, nie ma co
gadać – trzeba obejrzeć.
Dzień dobry Folwarku!

Nie wygląda z daleka tak źle…szkoda że otoczony obrzydliwymi resztkami PRLu

Mhm, no tak, hmmm…

Kasetonowy sufit i to coś strasznego na ścianach, ick!

Tak, hm, tu będzie hol naszego hotelu, ale gdzie recepcja?

Pierwsze piętro…

Tu zdecydowanie będą pokoje

Łazienki z widokiem na ogród? Czemu nie?

A tam Kasia będzie miała swoje grządki i zagrodę z kolorowymi (!) konikami i muflonkami!

Tu będą te droższe pokoje – apartamenty

Taras widziany z zewnątrz

PRL <trzy

Czy te schody mogą kłamać?

Tapeta w pokojach na poddaszu

Nicierpka gruczołowatego osobiście powyrywam skąd się da
Postanowienie po tym miejscu jest chyba oczywiste – szukamy 20
mln., odnawiamy i cieszymy się życiem. Eh.
Z myślami w chmurach (przestało padać), zajeżdżamy do
karczmy w Kruszynie. Obsługa trochę ma nas gdzieś, a my umieramy z głodu. Bolesławiec
blisko, bo ceramika niemal wszędzie, aczkolwiek jedzenia to tutaj nie polecamy.
Mało i takie jakieś średnie.
W Bolesławcu cieszymy się na noc w ulubionym hotelu Garden. Nie
jest to niestety żaden zabytek, jak się dowiedziałyśmy, ale naprawdę ciekawe i
fajne wnętrza. Trafia nam się niczego sobie pokój, idziemy na spacer po
mieście. Jutro będziemy tu polować na ceramikę, dziś obchodzimy cukiernie, ale
jakoś bez przekonania. 
Dziwy bolesławickie

M. zachęciły pierogi z jagodami, ale nie dałyśmy się zwieść…
 Po powrocie okazuje się, że nie ma internetu, mnie szlag
trafia, bo muszę oczywiście coś wysłać czy ogarnąć. M. wykazuje anielską
cierpliwość do mojego wybuchu frustracji. Koniec końców oglądamy razem serial z
ręcznikami na głowach, gdy przyjeżdża grupa z bachorami. Nie wiemy do dziś,
jakim cudem ich na to stać, ale jednak! Awanturom i nocnym frustracjom nie ma
końca. Do tego jeszcze my mamy za sobą poważne i ciężkie rozmowy i naprawdę nie
jest jakoś łatwo. Cóż, czas chyba rozstać się z Gardenem, bo jakoś to miejsce
nam w tym roku chyba nie służy. Zaczynamy się robić porządnie zmęczone, 1500 km
blisko za nami i naprawdę każda godzina w nocy jest nie do stracenia. Eh…
Tagi: , , , , , ,