News

Dzielnica Łacińska vol. 2

Dzielnica Łacińska vol. 2

Nad Paryżem zebrały się dziś ciężkie i dość ciemne chmury. Ostatni dzień sierpnia (ja zawsze traktowałam go jako ostatni dzień lata) przyniósł zatem złowieszczą aurę, co z jednej strony jest dobre do długich spacerów, ale z drugiej…jakoś trudniej się uśmiechać do ludzi.

Wstaliśmy później, bo po Disneylandzie po prostu padliśmy. Okazuje się, że mieszkanie tak daleko od Paryża ma tyleż dobrych stron, co i tych mniej dobrych. Spędzamy przecież codziennie pewnie ponad dwie godziny na podróżowaniu. Tak czy siak – dziś wystartowaliśmy w Dzielnicy Łacińskiej, bo jeszcze trochę do zobaczenia nam zostało. Ponieważ zależało mi na odnalezieniu drzewa z książkami, sprawdziłam szczegóły i postanowiliśmy dziś nie dać się zwieść pozorom. I – znaleźliśmy! Jest na malutkim skewerze przy rue de L’Odeon, po prostu trzeba podejść pod drzewo, żeby dojrzeć wiszące zeń książki.

Ale teraz kilka słów o historii tego miejsca. Otóż, w 1919 roku Sylvia Beach otworzyła księgarnię, która szybko stała się ostoją dla amerykańskiego świata pisarsko-kulturalnego w Paryżu. Shakespeare & Company skupiało wokół siebie takich ludzi jak Scott Fitzgerald, Ernest Hemingway czy Ezra Pound. Był wśród tych ludzi również człek, którego nazwisko większość ludzi kojarzy – James Joyce – z jego największym dziełem: Ulissessem. Cegłą wielką, która o prostych sprawach traktuje, ale w niezwykle pokrętny sposób. Sylvia zgodziła się wydać Ulissessa, ale niestety – doprowadziło ją to do bankructwa. ponieważ (jak to zazwyczaj w przypadku dzieł wielkich bywa) – nie od razu na książce się poznano. Czasy stawały się coraz trudniejsze – na włosku wisiała wojna. Księgarnia zaczęła podupadać, ale zebrał się komitet wybitnych pisarzy, którzy starali się wspierać Sylvię w prowadzonej działalności. Miejsce tętniło życiem, a życie kulturalne w czasach przedwojennych musiało jednak zejść na dalszy plan. Księgarnię zamknięto w 1941 roku. Sylvia wyjechała na jakiś czas do Ameryki, ale wróciła, choć zmarła w 1964 roku. W tym momencie warto wspomnieć o najlepszym przyjacielu Sylvii – zafascynowanym nią od pierwszych spotkań – o Georgu Whitmanie. On to założył bowiem księgarnię przy rue de la Bucherie 37, na przeciwko Notre Dame, nazywając ją Le Mistral. Gdy Sylvia umarła – przemianował ją na Shakespeare & Company i tam księgarnia ta istnieje do dziś (ale o tym za moment). Warto zajrzeć na rue de l’Odeon nr 7 i 12 – obecnie są tam tylko tabliczki upamiętniające Sylvię, ale gdy zamknie się oczy, to przy odrobinie wysiłku można poczuć atmosferę tego miejsca. Ulica szczególnie polecana przy spacerze z metra do Ogrodu Luksemburskiego – bo to był nasz właściwy cel tego dnia.

Nim jednak dotarliśmy do Ogrodu, zahaczyliśmy o jeszcze jedno miejsce – restaurację Polidor. Jeśli ktoś kojarzy film O północy w Paryżu – to właśnie tutaj nakręcono wiele scen. A jeśli ktoś chce poczuć atmosferę Paryża Sylvii Beach i Jej Towarzyszy – to film obejrzeć warto.

Oczywiście jak przystało na dzielnicę antykwariatów i księgarni – jest ich tu cała masa – także tych kocich 🙂

Powoli zmierzamy do Ogrodu. Słyszałam o tym miejscu wiele, ale w zasadzie nic konkretnego. Zresztą atmosferę takich miejsc trudno jest poczuć z opisów czy opowieści. Jest chyba dość rano jak na paryskie standardy, bo w zasadzie widujemy tylko rodziców z dziećmi, starsze osoby i biegaczy. Być może pogoda nie zachęca do wyjścia na zewnątrz?
Po wejściu do Ogrodu Luksemburskiego warto udać się do kolorowych mapek, bo to one pierwsze wskażą, jak bogate i niesamowite jest to miejsce. Pałac, który jest w zasadzie na każdej osi widokowej był zaprojektowany dla córki jego królewskiej mości, a przez moment w późniejszym okresie był także więzieniem. Można go zwiedzać i wewnątrz, ale to nas akurat nie ciągnęło. Ogrody niby zaplanowane w myśl baroku, ale jednak jakieś takie…zwiewne, lekkie, typowo letnie. Kolorowe kwiaty wyłaniały się dosłownie zewsząd, a ciekawe fontanny po cichutku pluskały wodą. Awesome!

Ogrody to jednak nie tylko kwiaty i trawniki (na praktycznie żaden nie można sobie wpełznąć i przysiąść, ale za to są dziesiątki krzesełek i ławeczek). Można tu utonąć w przeróżnych propozycjach spędzania weekendowych poranków i popołudni. Po pierwsze – koncerty muzyczne – w kilku altanach występują różni artyści, a wokoło zbiera się tłumek zainteresowanych słuchaczy.

Inna atrakcja to możliwość wypożyczenia, puszczania i wyścigów łódeczek. Do żaglówki dostaje się też popychadełko, gdyby zbyt długo obijała się o brzegi fontanny. Oczywiście dzieciom kibicują i pomagają dorośli 🙂

Jest też multum kawiarenek, gdy się zgłodnieje, ale nie są one najtańsze. Można tu jednak zjeść śniadanie, lunch, brunch i co kto zechce. Naleśniki, kanapki, ciepłe mleko czy kakao.

Dla dzieci skonstruowano specjalny plac zabaw – ze strefami wydzielonymi zależnie od wieku. Wszystko kolorystycznie wpisuje się pięknie w otoczenie. Dla maluchów – małpi gaj, a dla starszych – nawet niski park linowy! 

Oczywiście standardowo – karuzela. Taka stara, wysłużona, ale wciąż chętnie używana. Na tyłach – dla dzieci jest też teatr marionetkowy, ale przedstawienia są dość rzadko.

Jest i budka, na specjalne duże, ptasie-sowie potrzeby.

I jest też ul z kilkunastoma rodzinami.

W głębi można znaleźć stare uprawy grusz, jabłoni, aronii. Niestety za ogrodzeniem…

Kucyki mają specjalnie wydzieloną dla siebie część Ogrodu, aby służąc najmłodszym nie przysparzały przykrych wrażeń tym starszym.

Trawniki na przeciwko pałacu to jedyne miejsce, gdzie można piknikować na trawie, strzelać sobie sweet focie, popijać koktajle i soki, i celebrować dzień. Nawet jak lekko pada.

Platany postanowiły, że już oznajmią na wszelki wypadek jesień. Deszcz w parze rzeczywiście spowodował, że przez chwilę zrobiło nam się chłodno i jakoś tak pusto i smutno.

To jest pierwowzór Statuy, do której są najdłuższe kolejki na świecie. Ta jest oczywście malutka, ale dzielnie przy niej tabliczka figuruje, o co chodzi i dlaczego. A obok rośnie dąb posadzony po 11.11.2001 (był to poniedziałek – pamiętam jak dziś).

Wypielęgnowana część parku z jednej strony budzi podziw – bo kosztuje to sporo pracy i zamysłu, ale z drugiej – taki trawnik do brzóz mi po prostu nie przystoi.

W akompaniamencie deszczyku – śniadanko na trawie…i czytanko przy okazji, ale w naszym przypadku raczej mapy niż Ulissessa.

Ogrody to tylko mały fragment dnia. Po spacerach, drugich śniadaniach i dyskusjach skierowaliśmy swoje kroki w kierunku Sorbony. Po drodze przedłużenie Ogrodu kazało nam się porządnie zastanowić, jak doprowadzić kasztanowce do takiego stanu…

Ulicą św. Jakuba idziemy w kierunku Panteonu. Osobiście nie lubię tego miejsca, jest o nim w każdym przewodniku, więc nawet słowem nie wspomnę, bo są tu tłumy, podczas, gdy jest wiele innych o wiele ciekawszych i ładniejszych miejsc.
I do jednego z nich właśnie idziemy. To kościół St. Etienne du Mont – przepięknie zdobiony na zewnątrz i z wyjątkowym elementem wewnątrz.

Wewnątrz znajduje się renesansowe lektorium, jedyne w swoim rodzaju w Paryżu.

zdjęcie pochodzi z wyprawy październikowej

Znajduje się tu też relikwiarz św. Genowefy – patronki Paryża. Ale nie wnikaliśmy w szczegóły, ponieważ kościół był…zamknięty. Następny przystanek to Sorbona (dla odmiany też zamknięta, ale w sobotę nawet da się to przewidzieć) i absolutna cisza, która panuje wokół uczelni zamiast ruchu i gwaru – nawet kawiarnie nie cieszą się tu zbytnią popularnością (może ze względu na cenę?).

Szukając rue de la Bucherie, trochę pobłądziliśmy – celowo – po małych uliczkach. Ot tak, żeby lepiej zrozumieć, poczuć. W oddali zamajaczył tłum przed Notre Dame, więc szybko zmieniliśmy kierunek. Po drodze kamienice, kamieniczki, grecka restauracja, turecki sklep ze słodyczami i księgarnia (ja umieram na myśl o chęci książki z ciekawostkami Paryża – mozaikami, malunkami, a D. zgłębiał wielką książkę o klopach na świecie…). Spotkaliśmy również mysz, która dostała kawałek naleśnika z pastą z kasztanów, ale pogardziła nim (podobnie jak D.) – widocznie jednak za mdły.

sesesese

Zostawiliśmy biedactwo za sobą (bo i jak jej tu pomóc) i znaleźliśmy w końcu księgarnię, która zaczęła, a jednocześnie i kończy ten wpis (bo o dalszej części spaceru będzie innym razem).

Rue de la Bucherie 37 nie ma nic wspólnego z tą pierwszą księgarnią. Jest tu antykwariat, na górze jest też kawiarnia. A w środku sławetny cytat „Be not inhospitable to strangers, lest they be angels in disguise”. Od podłogi po sam sufit są setki książek. Czułam się tam jak w domu…Ludzie robią sobie oczywiście dziesiątki zdjęć – więc wnętrza można obejrzeć w wielu miejscach, ale jakoś tym razem zakaz fotografowania uznałam za zasadny, bo naprawdę nic nie odda ducha tego miejsca. Nie tego historycznego, ale tego przepełnionego pasją do książek wszelakich.

Tagi: , , , ,