News

Musee du Moyen Age – Cluny i mój Montmartre

Musee du Moyen Age – Cluny i mój Montmartre
Przez Cluny aż po wzgórza Montmartre’u – taki plan na dziś! A że dziś niedziela i to pierwsza w miesiącu, a to oznacza że
Musee du Cluny (Muzeum Sztuki Średniowiecznej) oraz Musee d’Orsay (impresjonizm
pełną gębą) aż nie mogą się doczekać, by w swych progach powitać turystów i
zaoferować im darmowy wstęp.
Po tych kilku dniach stało się jasne, że nie
zrealizujemy w pełni planu, który skrzętnie zapisałam w zeszyciku. Z czegoś
trzeba zrezygnować, więc z racji tego, że nie muszę podziwiać obrazów na żywo,
udaliśmy się do Cluny (tak, okej, ma to pewien związek z tym, że jest tam
księgarnia pełna absolutnych perełek w języku francuskim i angielskim dot.
kaligrafii, średniowiecznych ogrodów, ubiorów i pieśni).
Muzeum mieści się w przepięknym budynku, który ma również za
sobą pewną historię, a wokół towarzyszy mu ogród – doskonały start w niedzielę.
Cóż o samych zbiorach? Są to największe takie zbiory we
Francji (i chyba w Europie)
, naprawdę jest co oglądać i co podziwiać. Przede
wszystkim są fragmenty katedry Notre Dame – sala z głowami królów – dzieła tak stare, że pamiętają początków katedry. Są też
wyroby z kości słoniowej pamiętającej nawet VI w. n.e. – głównie pudełka,
dyptyki z motywami religijnymi oraz krzyże i zawijasy lasek biskupich.

Ogromne
wrażenie robią oczywiście rzymskie termy z III w. n.e. Fakt że ta budowla
zachowała się przez te wszystkie burzliwe lata – jest po prostu niesamowity. Na
górze muzeum znajdzie się odrobina malarstwa, rzeźb świętych oraz przepięknie zdobione
relikwiarze i inne elementy dekoracyjne i użytkowe prosto z kościołów z całej
Francji. Jest też złota róża przekazana przez papieża dla księcia Rudolfa III jako znak poparcia klątwy papieskiej dla Ludwika IV. Ale (tu ciekawostka) złote róże są też w Polsce! I to kilka! Złota róża przekazywana jest przez papieża jako znak uznania, szacunku dla osobistości, państw, sanktuariów i kościołów. W Polsce wyjątkowa złota róża trafiłą do Muzeum w Oświęcimiu – jest jedyną na świecie różą koloru czarnego. Częstochowa i Jasna Góra posiadają dwie złote róże. Zaś pierwsza jaka trafiłą do Polski wiązała się ze śmiercią Władysława Warneńczyka. Jakże więc miło w tej odrobinie historii poczuć również i nasze korzenie.
Niestety czekała nas niemiła niespodzianka, ponieważ
tapiserie z jednorożcem są „w remoncie”, a więc nie można ich obejrzeć.
Tapiserie już widziałam, sporo czytałam o ich historii, co polecam, ciekawi mnie tajemnicza fraza „Mojemu jedynemu pragnieniu” (A mon seul desir) i zobrazowanie zmysłów na tapiseriach, więc chciałam tym nasiąknąć, wchłonąć jak najwięcej. A tu klops. Zła byłam, bo chciałam pokazać te dzieła D., ale on jakoś chyba tego specjalnie nie odczuł (może nie wiedział co traci, a może znużyły go relikwiarze?). Informacji o tym za wiele nie ma przy wejściu, więc gdybym odkryła ten fakt po
zapłaceniu 8,5 E za bilet, jak słowo honoru – trafiłby mnie po prostu szlag.
Tak czy siak, było warto, bo obcowanie z rogiem narwala uznawanym kiedyś za róg
jednorożca czy z tapiseriami opiewającymi legendę St. Etienne, na których jest
tajemniczy jeżozwierz jest po prostu doskonałym początkiem dnia. D. podobał się
Jezus na osiołku na kółkach oraz przepiękna kaplica wewnątrz budynku.

Ruszyliśmy dalej metrem na przystanek Notre Dame de Lorette (podnóża Montmartre’u),
gdzie przed kościołem akurat wyległ tłumek wiernych rozmawiając żywo z
kapłanami. Niezwykły to obrazek, ale i bardzo pozytywny. Sam kościół również
warto odwiedzić – przepiękna nawa główna oraz bardzo ciekawe sklepienie.

Tu zaczyna się nasza wędrówka po Montmartre, na którą
czekałam niecierpliwie tyle tygodni! Najpierw ruszamy pod górę Rue de Martyrs.
Warto wysiąść wcześniej z metra i potuptać w górę, powoli po tej uliczce, a
zwłaszcza w niedzielę. Jest wówczas zamknięta dla ruchu ulicznego, a ze sklepików
wylewają się owoce, warzywa, przyprawy, słodkości, prażona kukurydza, stare
książki i wiele innych dóbr. 

W oddali widać już karuzelę na skwerze pod Sacre Coeur
 
Ludzi kręci się tu mnóstwo, a każdy spokojnie i z namaszczeniem
zaczyna dzień. Nieliczne kawiarnie zachęcają, by przystanąć na moment, ale to
miejsce to dopiero początek. W oddali majaczy kopuła Sacre Coeur. Przechodzimy
przez Boulevarde de Rochechouart i idziemy w górę uliczką, na której pełno jest
sklepików z pamiątkami, książkami, czekoladkami, makaronami (znaczy tymi
francuskimi minibezami w szalonych kolorach), wyrobami afrykańskimi, greckimi,
z kawą, pieczywem, pysznymi wyrobami garmażeryjnymi i naprawdę wszystkim, co
dusza zapragnie. Kupujemy chrupiącą bagietkę i pain au chocolat (wypiek z nadzieniem) i absolutnie rozpływamy się w smaku, dźwięku chrupania i strukturze bagietki. O losie! O chlebie to nie mają tu pojęcia, ale bagietki – nie mają sobie równych!
Dochodzimy w końcu do Sacre Coeur i skweru poniżej oraz wielu,
wielu, wielu schodków. Wdrapujemy się powoli na górę podziwiając widok za sobą
oraz wszechobecne kwiaty. 

Przed ostatnim etapem schodów zaczyna się akurat
występ piłkarza, który generalnie momentalnie gromadzi wokół siebie tłum ludzi
popisując się siłą, koncentracją, zręcznością i pomysłowością. Oglądamy,
wrzucamy drobne, ściskamy rękę i wchodzimy do Sanktuarium. 
Wita nas miarowe
pukanie palcem ochroniarza w tabliczkę z informacją o ciszy i zakazie robienia
zdjęć. To ostatnie oczywiście większość ludzi olewa, ale my dzielnie trzymamy
fason. Wnętrze jest piękne, a zarazem przygnębiające i budzące niepokój. Dźwięk
organów naprawdę wzmaga ciarki na ciele. Mozaika nad ołtarzem jest po prostu
niesamowita. Historia kościoła również, ponieważ powstał on po tym, jak
Francuzi zobowiązali się, że zbudują świątynię, jeśli ich kraj wyjdzie obronną
ręką z wojny z Prusami. Ponieważ tak się stało – łup i powstała Bazylika.
Strzeże jej dwóch jeźdźców na koniach przy wejściu. Zbudowana z białego
kamienia o właściwościach wyjątkowych, ponieważ każdy deszcz zmywa zeń wszelkie
osady i brud. A zatem mimo sędziwego wieku – kościół jest naprawdę całkiem
biały. Mieszkańcy Montmartre’u bojkotują jednak Bazylikę i chodzą na Msze do
jednego z najstarszych kościołów w Paryżu, a który jest dosłownie tuż za rogiem
St. Pierre de Montmartre. Jest to jeden z niewielu kościołów, który zachował
swój romański charakter. Pochodzi z ok. VI w i jest naprawdę uroczy – skromny,
cichy i spokojny, w słoneczne dni pięknie rozchodzi się w nim światło. Z
kościoła już tylko rzut beretem (a jakżeby inaczej) na place du Tertre, który
tętni życiem kawiarenek oraz malarzy i portrecistów. Moje wspomnienia z tego
miejsca zawsze były jednoznaczne – piękne obrazki Paryża. Tymczasem nie ma tu
za bardzo nic, na czym by można zawiesić wzrok. Tłum jest nieziemski, masa
wycieczek, kataryniarka, taksówki i Montmartrobus próbujący się przecisnąć
między ludźmi. 

Zmierzamy do Muzeum Montmartre’u, gdzie z ogrodów Rodina
roztacza się przepiękny widok. Szybko jednak się rozmyślamy z wizyty, ponieważ
wstęp to 9,5 E (za same ogrody, które nie są zbyt wielkie). Idziemy dalej i
skręcamy w pierwszą uliczkę w prawo. Schodzimy wzdłuż ostatniej winnicy Paryża
w dół. 

Winnica generalnie została ocalona przez miłośników Montmartre’u,
ponieważ zależało im, aby zachować choć kawałek charakteru tego miejsca. Inna sprawa,
że winnica dochodów nie przynosi żadnych, ale za to można wziąć udział w
wielkim święcie winobrania w październiku. Na przeciwko jest malutka chatka,
siedziba kabaretu Lapin Agile (Pod żwawym królikiem). Miejsce to widziało i
słyszało zapewne wiele, a na pewno wiele gościło znamienitych person.

Wąziutką uliczką idziemy na place du Dalida poświęcony
słynnej śpiewaczce, skąd rozchodzą się głosy całkiem niezłych śpiewaków, którym
akompaniuje gitara. Atmosfera iście sielankowa. 
Przechodzimy koło Chateau de Brouillards  gdzie kiedyś zbierała się śmietanka towarzystwa na dysputy,
tańce i swawole. Wąziuteńkim przejściem – uliczką mgieł (brouillard to właśnie mgła) wędrujemy do skweru Suzanne Buisson,
który objawia się po lewej stronie, a gdzie stoi przedziwna fontanna – z
Dionizym, który ponoć tu właśnie stracił swoją głowę, co jest uwiecznione na
rzeźbie. 

Kotu generalnie nie przeszkadzało to zupełnie w myciu, a dzieciom w
szalonej zabawie na okolicznym placyku. Wychodzimy na rue Junot, gdzie pod
numerem 15 jest dom w typowym stylu art deco. Ale ponieważ jak dla mnie nie
widać tego zupełnie i w ogóle, w ramach bojkotu tej informacji – zdjęcia nie
będzie.
Za to absolutnie warto wejść „w” numer 25, czyli w malutką
uliczkę Villa Leandre, gdzie są domy absolutnie bajkowe. Atmosfera trochę jak
na Żoliborzu, zwłaszcza tym przy Cytadeli, ale jakoś tu jednak inaczej. Miejsce
zdecydowanie warte zejścia na moment z trasy.

Nieco dalej w dół wita nas Moulin Radet z obrazów Renoir’a
oraz kawiarnia tuż pod nim.

po lewej noc w różnych językach, a po prawej – dzień. Można ciekawie? Można 🙂
 Zmierzamy do Muzeum Dalego, zachodząc na pl. du
Tertre jakby od tyłu. Ciszej tu i spokojniej, śliczne kawiarenki, drobne
sklepiki z pysznościami typowymi dla tego regionu Francji. Muzeum to dość droga
sprawa – 11 E, dziś promocja – 10 E. Zwiedzamy zatem sklepik, jako że D. nie ma
presji, a ja surrealizmu po prostu nie trawię. 

zwiedzanie – wersja z kicią na ramieniu

Zmierzamy w stronę pl. Emile Goudeats, a potem w prawo w rue
Durantin
i do rue Lepic. Po drodze mijamy kolejny wiatrak, ale na terenie
prywatnym, zakryty drzewami, więc niewiele widać.

Na rue Lepic pod nr 54
mieszkał kiedyś Van Gogh, tabliczka na ten temat jest, ale iście maleńka. 
Jedne z drzwi w kamienicy VG
Śmigamy w lewo w rue des Abbesses, gdzie jest wiele restauracji, sklepów z
owocami i warzywami oraz nieliczne czynne drogerie. Przy placu z metrem
Abbesses
zatrzymujemy się na moment na podziwianie secesyjnego zejścia do
najgłępiej położonej stacji metra (36 m w głąb). I zbaczamy z trasy przed
ścianę z muralem na granatowych kafelkach, gdzie pieczołowicie wypisano w
każdym możliwym języku KOCHAM CIĘ (po francusku razy kilka, ale niech im
będzie…). 

Po drodze zahaczamy jeszcze o Sacre Coeur, gdzie akurat rozpoczyna
się przedstawienie kukiełkowe o Arce Noego. Spektakl trwa chwilę, a ogląda się
naprawdę miło. Wszyscy chętnie siadają na schodach, tylko gorzej potem z
drobnymi datkami od publiczności…
Wracamy na rue Lepic, zmierzając koło kawiarni z filmu
Amelia
(nr 34) i dalej do Moulin Rouge oraz do drobnej uliczki obok – Cite
Verone
– od nazwy kabaretu. Dalej już tylko spacer bulwarem do pl. Pigalle.
kawiarnia Amelii

bliżej pl. Pigalle
 Po
drodze oczywiście liczne sex shopy, w których (chyba) nic nadzwyczajnego nie
ma. Być – byliśmy, ale niestety nie mamy porównania do innych miast czy krajów,
więc tę kwestię przemilczymy. Nikt tu nie sprzedaje kasztanów jadalnych, więc
akurat ta kwestia to 100% mitu. Bliżej już do nocy, więc na ulicę wylega masa
przedziwnych ludzi oferujących naprawdę wszystko. Korzystaliśmy z toalety w
jednym z najbardziej obskurnych miejsc, jakie można sobie wyobrazić (tylko tu
zgodzili się za pół darmo), a tu przychodzi facet i proponuje dosłownie co tylko zechcemy: marycha, kokaina, heroina – na co ma się ochotę.
Przeciskamy się do metra, puszczamy przepełniony po brzegi
pociąg i jedziemy następnym. Przesiadka w RER D i z Gare de Lyon wyjeżdżamy w
akompaniamencie absolutnych ciemności.Po tym dniu zdecydowanie mogę powiedzieć, że wielbię Paryż i kocham Montmartre!
Tagi: , , , ,