News

Bangkok – bieg przez Chińską Dzielnicę i Khao San Road

Bangkok – bieg przez Chińską Dzielnicę i Khao San Road

Miasta zawsze są w ruchu, a już na pewno takie olbrzymy jak Bangkok. Gdy więc trzeba biec przez pełne samochodów i ludzi ulice, wszystko dzieje się jak w przyspieszeniu w filmie. A szkoda, bo smaki, zapachy i radosne pokrzykiwanie są niesamowitym i nieodłącznym elementem tej stolicy.
W poprzednim, ayutthaiskim poście, zaznaczyłam że pociągi w Tajlandii się spóźniają. A do tego strasznie wloką. W planach mieliśmy na dziś Chińską Dzielnicę oraz Khao San Road. Wyszło…średnio.
Kiedy przyjechaliśmy już pociągiem z A., było ciemno, buro i ponuro. Miasto powoli szykowało się do nocnego życia. Upał niemiłosierny, a to raptem nasz 2 dzień tutaj…

Spacer po Chińskiej Dzielnicy przerodził się w trucht. Chodniki pokryły liczne budki z jedzeniem, którego nawet nie mieliśmy czasu spróbować (czy sfotografować). Główna ulica tętniła kolorami, neonami i wielkim, niekończącym się z pozoru korkiem. Tysiące zapachów, migotanina świetlówek i wypchane po sufit chińskie sklepy. Napisy w alfabecie, którego nikt nawet nie próbował rozszyfrowywać. I my – stadko białasów.
Dosłownie kilka migawek:

Absolutnie najlepsza rzecz na świecie: sok z granatów. Świeżuteńki. Za 4 zeta. Raj!
Uliczne jadłodajnie

Za cholerę nie wiedzieliśmy co to. Ale podejrzewam, że gdzieś tam czają się kalmary

Skąd w ogóle nazwa tej dzielnicy? Cóż, mieszkają tu Chińczycy. To miejsce narodziło się jakieś 200 lat temu, gdy kupcy chińscy zajmowali teren, na którym dziś znajduje się Pałac Królewski. Przedlili się tutaj, wśród małej uliczki, w którą obecnie nie wjedzie nawet samochód. Z czasem miasto obrosło ulicę, Chińczyków i ich kramiki.
Obecnie można tu znaleźć dosłownie wszystko. W centrach handlowych wszystkiego jest na pęczki. I ponoć to tutaj najlepiej zasmakować azjatyckiej kuchni, gdyż jest niezwykle różnorodna. Grunty wokół Chinatown należą do najdroższych w Bangkoku. Wiele potomków chińskich rodów (dodajmy że zacnych) do dziś prowadzi interesy w branżach, które owiewa wiele lat historii i doświadczenia.

Wpadliśmy w jedną z węższych uliczek i nagle gwar ucichł. Brak latarni na ulicy, pogruchotany chodnik, resztki jedzenia i pełno śmieci. I znów – w bok. Tym razem uliczka była nieco szersza od moich ramion. Pędziemy, zakręcamy, każdy wpatrzony w osobę, która biegnie przed nim. Ktoś się potknął, ktoś cicho zaklął (hm, możliwe nawet że ja). Z naprzeciwka próbuje przepchnąć się motor. Cudem mu się udaje. Wypadamy z tej klity na nieco szerszą drogę i znów pędzimy. Wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, ale tak to właśnie miało wyglądać codziennie – dziki bieg, bez chwili refleksji…Tym sposobem dobiegliśmy do naszego środka transportu – czyli tramwaju wodnego. Linia pomarańczowa.

 Przeuroczy Pan ze świecącą latarenką w ręce kierował ruchem. Na naszej przystani stawały jeszcze inne tramwajem, więc wszystkich przybyłych pytał jakim kolorem planują jechać i ustawiał nas w różnych kątach chyboczącej się na wodzie platformy. Ciemno, chłodno (jea) i dość…tłoczno.
Wsiadamy!

Schemat linii tramwajowych

Przystanki na rzece Chao Praya

Sam rejs był dość przyjemny. Trzeba tylko uważać (stojąc przy burtach) na ręce i generalnie na obryzgiwanie wodą (rzeka jest mocno syfna). Kierowca łodzi oraz bileter porozumiewali się za pomocą gwizdnięć (dość głośnych, bo silnik nieźle ryczał). Nieraz smród spalin był nie do wytrzymania, gdy łódź wbrew prądowi, próbowała np. wycofać, żeby dobić do platformy. No i niemiłosierny tłok, pośród którego było sporo mnichów, a tych jak wiadomo nie można urazić dotykając ich (jak się jest babą, jak ja).

Z naszego przystanku do hostelu – rzut beretem. Poszliśmy na tyły, czyli na Khao San Road. Mekkę turystów. Tutaj znajdą się wszystkie pamiątki o jakich się marzyło, ale też i te, o których się nawet nie marzyło. Tutaj są przynajmniej trzy 7/11, McDonalds, BurgerKing, a nawet Starbucks. Tutaj są tysiące kramów i kramików z ciuchami, wyrobami skórzanymi (portfele, torebki – jest na czym oko zawiesić), szmatami (szaliczki, torby), niby-ręczną-robotą, podróbkami zegarków, elektroniką. Jest tu pełno małych restauracji, ulicznych stoisk z jedzeniem i z sokami, koktajlami (PY-CHO-TA!).

Ten różowy owoc pośrodku, to smoczy owoc. W smaku dość…nijaki.

Po lewej koktajl ze smoczego owocu (tak wygląda jego miąższ), po prawej mango z czymśtam

Jedna z wielu miłych knajpek

Na KSR oprócz dziwnych rzeczy są też specyficzni ludzie

Podobno to szał straszny te kuleczki

Dwa w jednym! Bar i kino
KSR w całej rozciągłości

Generalnie ta ulica do ładnych czy uroczych na pewno nie należy. Wystarczy spojrzeć w górę, by dostrzec zniszczone, popękane ściany budynków. Za dnia nie jest lepiej…
Oprócz dóbr wszelkiej maści (względnie legalnych), można tutaj też zakupić sobie dowolny dokument (prawo jazdy polskie, przepustki, odznaki FBI, CIA, uprawnienia na łódkę, motor, co się chce). Ale można też (i to robi na zdjęciu powyżej pan w pomarańczowej koszuli) dać się namówić na uszycie sobie porządnego garnituru. Jeśli ma się czas na przymiarki – to jest dobry pomysł. Niestety trzeba się jeszcze znać na materiale, żeby nie dać się oszukać.
Czy kradziejstwo tu jest mitem? Chyba nie, choć my nie odczuliśmy tego w ogóle. Ale warto pilnować swojej torby i portfela. I dobrze się targować – tu nikt nie będzie miał wobec nas litości. Ładne oczy i smutne miny nie powinny w ogóle nas poruszać. Tragarze mają w tym lata doświadczenia i praktyki!

Generalnie praktycznie nic tu nie kupiliśmy. Ceny dość wysokie, wystarczy mieć cierpliwość i ruszyć na północ, gwarantuję spadek o jakieś 30%. Polecam za to soki, koktajle i szejki wszelkiej maści – prosto z ulicy. Jeśli ktoś lubi koszulki – to tutaj rzeczywiście można znaleźć bardzo porządne okazy i wyjątkowe (np. firmy Sure – buddyjskie można wytargować za śmieszne ceny – po 20 zł, w Europie kosztują min. 3 razy tyle). Ah no i salony masażu! Tego raczej nie da się przegapić. Warto popatrzeć, gdzie jest sporo klientów i nie dać się namówić na pierwsze z brzegu macanie naszego ciała. Ja wybrałabym raczej salon wewnątrz, a nie na ulicy, ale…co kto lubi. I uwaga na peeling rybkowy – wchodzimy tylko do wody, która jest czysta! Wiadomo chyba dlaczego…

Ciekawe? Pomocne? Przydatne? To może skomentujesz?

Tagi: , , , ,