News

Czas zaklęty w Ayutthai

Czas zaklęty w Ayutthai

Przez ponad 400 lat Ayutthaia była stolicą Tajlandii (Syjamu). Aż z zachodu nadeszła zagłada. Jednak to, co do dziś można znaleźć w tym fascynującym mieście nie tyle zachwyca, co zmusza do refleksji

Ale. Zacznijmy od początku. Po przylocie do Tajlandii niestety nie mieliśmy nawet cienia szansy na to, żeby coś więcej zobaczyć, bo gorąc nas przytłoczył. A do tego przewodnik (i trochę my) zastrajkował i zabrał nas na w miarę dobre jedzenie. W każdym razie jak na styk z egzotyką było miło.

29 października wybraliśmy się na północ od Bangkoku, do dawnej stolicy Tajlandii, do Ayutthai.  W Lonely Planet jest to miejsce oznaczone jako „must see”, więc niezwykle ciekawi zwlekliśmy się o 7 rano do przedsionka naszego hotelu-guesthouse’u (o standardzie mocno słabym, ale o tym innym razem). Ponieważ jest pora sucha – od rana lał deszcz. Wpakowaliśmy się do autobusu, żeby dotrzeć na dworzec.
Tam zaś złapaliśmy pociąg do Ayutthai. Przewodnik (nadajmy mu pseudonim T.) uprzedzał nas, że co jak co, ale po Tajlandii poruszanie się pociągami jest niezbyt dobrym pomysłem. Obraliśmy kierunek na wagony klasy 3 czekając na rozwinięcie argumentacji o środkach lokomocji.

Wagon 3 klasy. Miejsca są…(uwaga, uwaga) numerowane!

Powoli wytczamy się z Bangkoku w akompaniamencie takich obrazków

Jechaliśmy tak powoli, że można było wyskoczyć po przekąskę do ulicznych (?) sprzedawców

A jak się ktoś znudził siedzeniem w pociągu – zawsze można było poczekać na zewnątrz

Drugie śniadanie! To dzięki tej Pani z koszem pokochałam ananasy

Na miejscu wypożyczyliśmy rowery – to zdecydowanie najlepszy i
najtańszy środek lokomocji. Zwłaszcza, że w samym mieście do zobaczenia
jest całkiem sporo, a rowerem można dość szybko przemknąć po ulicach.
Przeprawiliśmy się przez rzekę maleńkim promem i wystartowaliśmy.

Kilka słów o historii
tego miejsca. Otóż Ayutthaia to (jak pisałam) dawna stolica Tajlandii.
Dawna to znaczy mniej więcej w latach 1350-1767. Potęga regionu. Miasto w
którym można było spotkać ludzi z aż 40 narodowości! Główny pośrednik w
handlu między Indiami a Chinami, eksporter m.in ryżu czy kości
słoniowej. Złote Miasto. Pokonana i niemalże zrównana z ziemią w 1767
przez najazd Birmy. Od tego czasu ruiny pamiętające czasy potęgi i
bogactwa porosła dżungla. A gdy odkrył je świat (i oczywiście nieco
splądrował) – Ayutthaia została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa
UNESCO (1991) jako Phra Nakhon Si Ajutthaja Historical Park. Położona w Dolinie Menamu, opleciona (stara część miasta) rzeką Chao Praya (ta sama, która przepływa przez Bangkok). Jak dla mnie – źródło historii potęgi Syjamu.

Rozpoczęliśmy wędrówkę od Wat Maha That, chyba najbardziej znanej świątyni tego regionu (albo nawet całej Tajlandii czy Azji). A to wszystko za sprawą głowy Oświeconego (czytaj Buddy) oplecionej korzeniami (tak, tak – zdjęcie ze wstępu). Cała zabawa polega na tym, że nikt nie wie skąd ona się tam wzięła. Jednak sama głowa to nie wszystko. Pośród ruin można znaleźć liczne posągi, które nie mają głów – to smutna pamiątka po najeździe birmańskim – bo w ten sposób wyrażana była zniewaga dla wszystkiego, co obce i podbite.

Jedna z licznych czedi (prang) w Wacie (jak ktoś nie pamięta – to odsyłam do artykułu o tym, czymże to są Waty i co w nich można znaleźć oraz jakie budynki się na nie składają)

„Bezgłowe” posągi Buddy

Otulona czy uwięziona?

Architektura Ayutthai nawiązuje do stylu khmerskiego (Angkor Wat w Kambodży)

Tajowie (czy generalnie Azjaci) starają się utrzymać swoje dziedzictwo w możliwie najlepszym stanie, ale w zasadzie nigdzie nie podjęto się kompletnej odbudowy lub rekonstrukcji (co w Europie jest na porządku dziennym)

Dosłownie nieopodal położony jest Wat Rajaburana. Świątynia jest nieco młodsza od tej poprzedniej, wzniesiona ku pamięci dwóch braci, którzy walcząc między sobą o tron polegli (obaj). Ich prochy spoczęły w dwóch czedi. Po włamaniu do głównego prangu, w latach ’50 XX wieku zdecydowano się przeprowadzić badania archeo. W ich wyniko znaleziono nieprawdopodobne skarby, pochodzące prawdopodobnie z wyprawy na Angkor! W kryptach odkryto też niesamowite malowidła, nie są one jednak udostępnione do zwiedzania. Skarby zaś można obejrzeć w okolicznym Muzeum. W świątyni warto zwrócić uwagę na wszechobecny symbol kwiatu lotosu oraz przeróżne postacie strzegące tego dawnego grobowca.

Strażnicy grobowców

Nawet płaskorzeźby w ścianach miały ścięte głowy

Na niektórych posągach położono (z szacunku ponoć) kamienie.

Przejechaliśmy rowerami przez park wokół stawu na środku wyspy (Ayutthaia w zasadzie jest wyspą, a na pewno jej najstarsza część) do świątyni Wat Phra Si Sanphet. To niezwykle charakterystyczne miejsce – ze względu na ogromne trzy czedi ulokowane w zasadzie w samym centrum kompleksu. Są one wszechobecne na pocztówkach, więc zdecydowanie warto porównać obrazki z rzeczywistością. Kompleks ten rozpoczął budować król Borommatrailokanata (o ludzie…), dokończył zaś jego syn stawiając dwie (z trzech czedi) z prochami brata oraz ojca. Trzecią (z jego prochami) postawił już kolejny monarcha. Nieopodal, wśród traw majaczą fundamenty pałacu królewskiego – doszczętnie zniszczonego przez Birmańczyków. W tej świątyni znajdował się najważniejszy posąg Buddy – 16-metrowy, pokryty złotem (250 kg), jak łatwo przewidzieć – najeźdźcy nie zostawili nawet grama.

Słynne 3 czedi (chedi, jak kto woli)

Po A. można też podróżować na słoniu. Niestety zwierzęta nie są tam zbyt dobrze traktowane.

W ten sposób współcześni oddają część świętym murom tej najważniejsze w królestwie świątyni

Jedna z czedi

Czedi mają kształt dzwonów, zaś do środka prowadzą schody i przedsionki (strome, gdyź droga do oświecenia nie była taka prosta). Do środka nie można wejść, ponieważ znajdują się tam świętości, ale powspinać się można.

Wracając do rowerów zahaczyliśmy jeszcze o bardziej współczesną świ…a właśnie nie! Zaszliśmy do wihanu. To budynek przeznaczony dla ludności świeckiej, gdzie każdy może przyjść i pomedytować, złożyć ofiarę i zamienić kilka słów z Buddą. A na imię mu (temu budynku) Phra Mongkhon Bophit. Posąg Buddy jest jednym z największych w kraju, a do tego…dość wiekowym, bo pamięta czasy Ayutthai! Co prawda po drodze był wiele razy odnawiany, jednak mimo wszystko jakaś jego część mogłaby wiele opowiedzieć…

Przy wejściu można było składać ofiary – wianuszki ze świeżych kwiatów, kadzidełka.

Przerwa na obiad i ruszamy do ostatniego miejsca – Wat Chai Wattanaram. Miejsce to jest odwiedzane nie ze względów historycznych, ale widokowych. Na środku trwa od setek lat 35-metrowy prang. Dekoracje 8 mniejszych prang przedstawiają między innymi Buddę nauczającego swoją matkę w niebie Tawatimsa.

Zdążył się już zrobić porządny skwar, a my na rowerach mamy do pokonania całkiem stromy most. Mój rower miał tak zardzewiały łańcuch, że prawie wyzionęłam ducha próbując nie spaść z kolebiącego się roweru (gdy przeskakiwał łańcuch) podczas podjeżdżania na most. Z górki poszło już łatwiej, niestety jako że w Tajlandii ruch jest lewostronny, przejechałam całą następną ulicę pod prąd. Obeszło się bez obelg i trąbienia. Białasom wiele wolno.

Szczęśliwie (bez żadnych zawałów i omdleń) dotarliśmy z powrotem na dworzec. Nasz pociąg miał opóźnienie 2-godzinne (to dlatego nie powinno się polegać na tajskiej kolei…), więc cóż…poczekaliśmy sobie. Całe szczęście czuwał nad nami Król Rama IX (obecny władca Tajlandii, uwielbiany przez swój lud, ale o tym jeszcze napiszę). Nade mną zaś czuwał ogromny wiatrak. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy…

Tagi: , ,