News

Mój mały-wielki Raj, czyli Wat Pho

Mój mały-wielki Raj, czyli Wat Pho

Przed wyjazdem nie sprawdziłam tej świątyni, jako jednej z nielicznych (jakoś tak wyszło). Doskonale. Nie miałam żadnych oczekiwań, a to miejsce mnie po prostu zmiotło. To najpiękniejszy zespół Watu, spośród wszystkich widzianych. Moja oaza. Jak myślę o Azji – przed oczami mam Wat Pho. Poznajcie je i Wy.

Najpierw wskazówka: PRZENIGDY nie pozwalajcie na to, aby na zwiedzanie tego miejsca przeznaczyć czas w okolicach południa (można tu zginąć, podobnie jak w Pałacu Królewskim…uhm) i NIGDY, PRZENIGDY nie zostawiajcie sobie na nie 40 minut. To zbrodnia.

Mapa handmade (:
Mapa 2 dzięki wujowi Google

Zacznijmy więc od kwestii organizacyjnych:

  • kupując bilet (80 BHT, czyli 8 zeta) – dostajesz butelkę wody gratis. Miłe, zwłaszcza w południe.
  • kompleks Wat Pho, to nie tylko wihan, w którym znajduje się największy na świecie leżący Budda (46 metrów długości, robi wrażenie!), ale jak zauważycie na mapie – gignatyczny kompleks (wihan z leżącym zaznaczono pomarańczową ramką, zaś zielona to właśnie cały teren Watu). Jasne dlaczego 40 min. nie wystarczy?
  • można się zgubić. Serio. Nie przez tłum, bo większość nie wychodzi poza wihan z leżącym Buddą (lenistwo, upał, głupota czy niewiedza?). Jak możecie zauważyć teren kompleksu to mury i murki z dziesiątkami „drzwi” i przejść. W pewnym momencie nie wiesz już jak „głęboko” jesteś i co gorsza – którędy wyjść, bo wszystkie ściany i boki są takie same.
  • trzeba wyglądać. W sensie zakryć ramiona i na pewno kolana. Jak nie masz swojego wdzianka – patrz niżej.
  • można tu umrzeć ze szczęścia. Też serio (:
Bierze się z wieszaczka przy wejściu szlafroczek 🙂

Teraz kilka słów o Wat Pho:
oprócz wspomnianego Odpoczywającego Buddy, kompleks tętni życiem religijnym i…codziennym. Jest to najstarsza świątynia w Bangkoku (choć w zasadzie z tego co wiem dwie inne roszczą sobie ten tytuł, ale…zostawmy to geekom). W pomieszczeniach wokół wihanu, można znaleźć blisko 400 posągów Buddy (z różnych czasów i okresów). Jest to centrum medycyny naturalnej w Tajlandii oraz „uniwersytet” tajskiego masażu. Jeśli ktoś oddawał mu się w porządnym miejscu, to właśnie tutaj prawdopodobnie wykształcił się masażysta. Coś dla ducha i…dla ciała.

Starczy wiedzy, tymczasem czas na grad zdjęć!

Wat Pho mieści się po sąsiedzku, obok Wat Phra Keo (tego od Szmaragdowego Buddy, który nie jest szmaragdowy). I tak właśnie wygląda od strony ulicy wihan, w którym jest osiągający nirwanę Budda.
Jedni mówią, że to strażnik, a inni że to symbol faranga (czyli każdego człowieka rasy innej niż azjatycka, to raczej prześmiewcze określenie).
Odpoczywający Budda.
Ta-dam! 46 metrów długości i żadnej szansy i miejsca na porządną fotkę (przynajmniej legalną).
Stopy Buddy. Te zdobienia wykonane są z macicy perłowej i przedstawiają 108 określeń prawdziwego Buddy, osoby dobrej prawej, dążącej do oświcenia lub oświeconej. Misterna robota.

Ta praktyka (wrzucanie grosików do urn) to swoista mantra. Rozmieniamy pieniądze na drobniaczki i następnie w ciszy i skupieniu wrzucamy do 108 urn. Ma to zapewnić szczęście. A jeśli skupić się na naszej intencji, to ma przybliżyć to jej realizację (oczywiście jeśli jest dobra). Atmosfera wihanu to cisza połączona z ohami na widok Buddy i z brzęczeniem monet.
Ootoczenie wihanu, murek nr 1. To co widać zzań (nowe słowo? (: ) to kolejny „poziom”, gdzie bez skrępowania można wejść. I zdecydowanie należy to zrobić.
Stupy. Setki, dziesiątki stup. Obłożone porcelaną. Kolorowe, magiczne. Każda skrywa tajemnicę i przypomina o pokorze oraz o praktyce buddyzmu (no, tu bardziej innych odmian niż ta tajska, ale tam…).
Bez obiektywu szerokokątnego trudno ująć tę perspektywę. Labirynt stup. I tak mało ludzi. To właśnie to, za co pokochałam to miejsce. Nie ma tu nic na wyrost, nic przerośniętego formą. Czyste piękno.

Krużganki poszczególnych „poziomów” są właśnie wypełnione Buddami. Ich szeregi liczą setki!
Obiecuję, że o mudrach (czyli gestach Buddy) jeszcze napiszę!
Lotos. Symbol piękna i pokory.

Wihan od drugiej strony.

Kluczowe pytanie: CZY WARTO? Hmm…no nie wiem, nie wiem…
Rety, pewnie że warto! Jak tylko wyjdzie się z upchanego turystami wihanu i na chwilę zapomni się o Odpoczywającym Buddzie, zatopi w morzu kolorowych stup obłożonych porcelaną, zginie się w krużgankach pełnych spokojnych i wpatrzonych w dal posągów Buddy, zamknie się oczy (a przy okazji choć przez chwilę nie pędzi, eh), to można tu naprawdę przepaść.

Wiele osób pyta mnie, czy odnalazłam w tej podróży to, czego szukałam i po co pojechałam. No, w zasadzie to odnalazłam, ale w inny sposób (ale o tym innym razem). Odnalazłam to właśnie na przykład tu. Polecam gorąco, kasia d. (:

Podobało się? Chcesz coś dodać, o coś zapytać? Zostaw komentarz (to nie boli, próbowałam!).

Tagi: , , , , , ,