News

Na bogato, czyli świątynia królewska i pałac

Na bogato, czyli świątynia królewska i pałac

Wat Phra Keo. Z czego Wat to świątynia, Phra oznacza że w świątyni będą otaczane kultem obiekty, a Keo…no cóż. Przekonajmy się w praktyce*.

*Keo mogłoby oznaczać dziki tłum, skwar nie z tej ziemi albo nachalnych turystów. Ale niestety tak nie jest.

Kiedy nic nie zapowiada jednego z najgorętszych dni w czasie tej wyprawy, gdy my zbieramy manatki (uważnie sprawdzając listę must-have, bo inaczej nigdzie nie wleziesz). Wytaczamy się z hostelu na gwarną ulicę i drepczemy.

Po drodze mijamy Panów Demonstrantów, którzy gotują strawy dla Demonstrujących (tak, byliśmy tam w czasie zamieszek…na szczęście jeszcze przed zaognieniem sytuacji).
I przeciskaliśmy się pod pomnikiem Demokracji, gdzie nas poinformowano, że protest tutaj oznacza odczyty, wykłady i czytanie poezji. Bardzo pokojowo i miło. Nie ma w ogóle nerwów i agresji, wszyscy chodzą w barwach narodowych, można kupić „tajskie” tasiemki, czapeczki i gwizdki. Pełna kultura. Protest odbywa się przeciwko rządowi. Bo króla wszyscy wielbią, rzecz jasna.
Tak lawirując między obozowiskami na ulicach, straganami pełnymi owoców i soków, zatrzymujemy się co i rusz na rzyg albo kupę (bariera słownikowa w tej kwestii nam zupełnie zniknęła), bo dołączyło do nas parę „nowych”. Trochę za szybko spróbowali świeżyzny.
W każdym razie po kilku przymusowych przystanach docieramy na wielki plac, który już tonie w słońcu, a ja w duchu modlę się o najdrobniejszy powiew wiatru. 
Widok za płotem z drzew to kompleks świątyni królewskiej Wat Phra Keo.
Przeskakuję od cienia jednego drzewa do cienia innego drzewa i w jakiś magiczny sposób znajduję się na skrzyżowaniu przed bramą wejściową. Dziesiątki autokarów, setki turystów każdej chyba narodowości, setki motorynkoskuterów, rowerów, garść samochodów i rodzynki w tym cieście w postaci pojedynczych handlarzy pamiątkami. Na wstępie kazano nam przywdziać godny strój. Spódnica/spodnie zakrywająca kostki i koszula zakrywająca ramiona aż po łokieć. Jak ktoś nie ma, można pożyczyć, kaucja 200 BHT (czyli 20 zł). Tylko trzeba odstać kolejkę, a to co się dostaje jest piękne, ale i tak grube, że współczuję wypożyczającym. Czekamy. Ktoś wypożycza, ktoś siku. Przedszkole.
W końcu idąc wraz z pielgrzymką setki innych osób, kupujemy bilety – 500 BHT i wchodzimy. Najpierw muzeum królewskie, które jest piękne. Mnóstwo eksponatów: kołyski, stroje, monety, ale też „ubranka” Pana Szamaragdowego. W sumie mamy godzinę na wszystko. Przyspieszam więc, by znaleźć się w sercu „dziczy”. Są okolice południa.
Jak tylko weszłam na dziedziniec, już byłam zła. Nawet z mapą nie idzie się tu połapać, co jest gdzie. Tłum zaciera wszystkie wskazówki w postaci strzałek, a kierunek zwiedzania przestaje istnieć. Nerwowo łapię wzrokiem znajome twarze, nawet nie pamiętam, którym wejściem się tu dostałam. Za 35 minut, muszę być na drugim końcu kompleksu. Cholera. Wskazówka: NIGDY nie zostawiajcie sobie na zwiedzanie czegoś tak ogromnego, godziny. To śmieszne i żałosne zarazem.
Na pierwszym planie kwadratowa biblioteka (Phra Monodop), za nią Panteon Królewski.
Dwa słowa o kompleksie: zaczęto go wznosić ku pamięci założenia nowej stolicy, w 1782 roku. Tutaj znajduje się najbardziej czczony w Tajlandii święty posąg Szmaragdowego Buddy (który nie jest wcale ze szmaragdu, ale o tym dalej). Ongiś był miastem w mieście. Dziś – nawet nie do końca zespołem pałacowym, bo król tu tylko wpada. Dla lepszego pojęcia rozmiarów, mapka poniżej (z mojego przewodnika):
Jak ktoś potrzebuje dokładniejszą – proszę o sygnał.
 Ruszajmy zatem!
Tuż przy wejściu
Strażnik. Tak dosłownie, ale i tak teologicznie (w buddyzmie strażnicy pomagają utrzymać się w ryzach, że tak powiem)
Phra Si Rattana Chedi – tutaj mieści się fragment kości mostka Buddy
Detale. Mogłabym nad nimi spędzić pół dnia i tak byłoby mi mało.
Phra Monodop – biblioteka. Tutaj mieszczą się rękopisy ważnych dzieł, głównie buddyjskich. Ten mały kamienny posąg Buddy na przodzie, to jedna z czterech kopii jawajskich oryginałów.
O, właśnie Ten.
Złote wyobrażenia Buddy dekorujące Monodop
Na północ od biblioteki znajduje się model Angkor Wat (z Kambodży). Jeśli ktoś zastanawia się, dlaczego, to przypominam nieśmiało, że z historii wynika, że Syjam, kiedy jeszcze był potężnym Syjamem, podbił między innymi Angkor.
Kinnara – pół lew, pół kobieta.
 

To już detale Panteonu Królewskiego. W nim znajdują się naturalnej wielkości posągi królów dynastii Czakri. Niestety wstęp tylko w wybrane dni.

Figura z Ramakien – mitologicznej epopei Ramakien

A to już wejście do Botu Szmaragdowego Buddy, który nie jest szmaragdowy, ale z jadeitu (zielonkawego kamienia).
Szmaragdowy. Najbardziej czczony wizerunek Buddy na Ziemi (uwaga: czczony znaczy szanowany, najchętniej odwiedzany, a nie czczony w rozumieniu hmm…potocznym).
Źródło: wuj Google. Wyjaśnienie – niżej.
Okej. Teraz pięć słów o Szmaragdowym. Jego historia wiąże się z legendą, którą ja póki co potrzymam w tajemnicy, ale jak ktoś jest bardzo niecierpliwy, to Google pomoże. Opowiem przy okazji podróży na północ Tajlandii, stay tuned (:
Ten posąg Buddy jest maleńki, jakieś 66 cm (666 mm, przypadek?). Ma różne wdzianka (to moje prywatne określenie, należałoby użyć raczej słowa szaty), zależnie od pory. Na pocztówce powyżej widzicie porę letnią/gorącą, w środku jest pora deszczowa, a z prawej – pora chłodna/zima (przypominam, że oznacza to drastyczny spadek temperatury do ok. 30 stopni C :)). Przebrać Buddę może tylko król i ten moment jest zawsze świętem narodowym. Ubrania są oczywiście ze złota.
Poznajcie garudę – pół człeka, pół orła.
Miejsce na ofiary.
Bot z Buddą od zewnątrz.
I w górze.
I w detalu.

Pałac Dusit. I sala tronowa (akurat zamknięta).
Tadam – koniec wycieczki! Cudem odnaleźliśmy się wszyscy, oczywiście tylko ja naiwna na czas, reszta musiała się dłużej podelektować, grrr.
Czy warto? Jestem pewna i przekonana, że to tutaj dostałam udaru cieplnego. W długich rękawach, w skwarze bez cienia i wiatru (wysokie mury), w tłumie. Nawet z wodą do picia, kremem od słońca i czymś na głowie trudno tutaj o szanse, by wyjść zdrowym.
Ale absolutnie warto. To majstersztyk architektury wczesnego Bangkoku. Wszystko jest doskonale utrzymane, zadbane i czyste. Detale budzą podziw wykonania i pomysłowość, wielkość obiektów i ich piękno – każe się zastnowić nad rozmachem. Szmaragdowy Budda spogląda na rzesze tysięcy ludzi, którzy codziennie kłaniają się przed jego obliczem i jest taki spokojny. Tak spokojny, że chciałabym się tego od niego nauczyć…
Przeczytałeś? Podobało się, a może właśnie nie? Masz inne zdanie? Pytania? Zostaw komentarz, niech Ci Szmaragdowy Budda spokojem wynagrodzi (:
Tagi: , , , ,