News

Nie jedź do Azji, jeśli…(cz.1)

Nie jedź do Azji, jeśli…(cz.1)

…nie jesteś OTWARTY. O życiowym „bólu dupy” i jak to „Polacy wiedzą najlepiej”, przyszło mi do głowy, gdy przypomniałam sobie towarzyszy naszej podróży. Nie sposób to pominąć w opowieściach.

Disclaimer: choć bardzo bym chciała, aby tak nie było, to jednak ten post jest i będzie pewnym uogólnieniem na szeroko pojętą masę turystów (zwłaszcza z Polski), co więcej – uogólnieniem mocno oceniającym :). Dyskusja of kors mile widziana.

Opisywałam właśnie wrażenia z oględzin pałacu w Bangkoku, aż moje wspomnienia zostały zalane przez kilka tekstów – perełek, które usłyszałam z ust moich towarzyszek podróży. Potem wiele razy jeszcze dochodziło do dyskusji na ten i ów temat, ale momentami ciężko było mi znieść to, że podróż w absolutnie inny świat ludzie odbywają zupełnie zamknięci na wszelkie doznania.

Po co, ja się pytam?

W momencie decyzji (takiej nawet podświadomej) o wyjeździe, zupełnie oczywiste było dla mnie, że to co muszę zacząć w sobie pielęgnować natychmiast, od zaraz, to otwartość. Nie taką oceniającą (o, innowierca, ale mają przekichane z tym rytuałem 5 razy dziennie), ale taką głęboką, ciekawską, pełną zrozumienia (czy jak dam mnichowi jałmużnę, to przyjmie?), a jednocześnie niewykraczającą poza ramy kultury i norm panujących w nowym miejscu. Nie, to wcale nie jest takie oczywiste, a co więcej – wcale nie jest takie proste.

Do rzeczy jednak. Jadąc w kierunku indochińskim warto się otworzyć. Napisałabym że na wszystko, ale na konkretach może być…łatwiej 🙂 Opisane przypadki/problemy są jak najbardziej prawdziwe, z życia wzięte.

Tak więc: na cóż warto być otwartym?

1) Rzecz najbardziej oczywista: JEDZENIE

Tzw. „robale” na targu (larw nie widzieliśmy)
Zielenina wszelkiej maści i odmiany, i postaci
Kto zgadnie co to jest? (rozwiązanie na końcu)

To jest tak oczywiste, że aż nie wymaga chyba komentarza.
Tak więc wszelkie oh-ahy na wyprawie w stylu: tęsknię za ziemniakami i schabowym, ojezusmaria – nareszcie KFC!, co to za mamałyga – nie tknę tego patykiem, przesolone – proszę mi przynieść lepszą porcję (do „kelnerki”), jeśli moje śniadanie ma na tym polegać, to wolę być głodna, gdzie można kupić jakieś batoniki, wolę kurczaka po europejsku niż coś, czego nie umiem nawet wymówić, zamów mi coś europejskiego, czy można tu kupić jakieś normalne owoce?! były z mojej strony zazwyczaj bombardowane zdziwionym spojrzeniem i zmianą stolika.

2) JĘZYK

Sawasadee – to dzień dobry po tajsku. ASEAN to taka jakby azjatycka UE

Ja wiem, że tajski, lao czy khmerski nie należą do łatwych, choćby przez: wywijasy (alfabet inny niż łaciński), 4 tony wypowiedzi, brak możliwości odniesienia do czegokolwiek, co jest nam znane; ALE to nie znaczy, że nie można nauczyć się choć kilku słów! Jeśli nie zamierzasz się otworzyć na „dzień dobry”, czy „dziękuję” brzmiące inaczej niż dotychczas, to może lepiej zostań w domu. Będzie bezpieczniej (dla wszystkich).

Nawet przy nikłej znajomości angielskiego, zamówienie naleśnika czy kurczaka, przeproszenie kogoś, zapytanie o drogę czy wc, a nawet prośba o jakąkolwiek pomoc jest naprawdę, naprawdę, naprawdę prosta! O ile obie strony zakładają dobre chęci…

3) ODMIENNOŚĆ GARDEROBY

„Piżamki” – można by odnieść wrażenie, że w Kambodży był to ubiór wyjściowy dla wielu mieszkańców stolicy. Sytuacja do dziś nie jest rozwikłana…

Sprawa oczywista, ale jednak: ojej – nikt im nie powiedział, że chodzą w piżamach?, po co im takie głupie buty do jazdy na motorze?, jezu – patrz, ale szmata, przecież mają tu taką tanią bawełnę!, te stroje ludowe są takie niepraktyczne, ubierają się jak kretynki – po co im rękawiczki i skarpetki*?
Eh…

* w Kambodży, wiele kobiet, chcąc zachować możliwie najjaśniejszą karnację, zakłada rękawiczki i skarpetki!

4) nowa definicja KICZU

Chiang Mai, Tajlandia

Zastanawianie się, po co ktoś zrobił coś takiego brzydkiego (w naszym mniemaniu oczywiście), tandetnego, słabego, czy „innego” jest stratą energii. Już lepiej obejrzeć jakiś zachód słońca na przykład, niż zawracać sobie tym głowę. Tak, oto odkrycie stulecia – sztuka jest względna! Podobnież jak jej odbiór.

5) Inne, niż dotychczas znane WARUNKI HIGIENICZNE

O ile toaleta w tej formie, jakoś w miarę dla wszystkich była przewidywalna, to na przykład układ łazienki, w którym sedes, prysznic i umywalka to w zasadzie…jedno – już nie. Ileż się nasłuchałam o tym, że wszystko zachlapne, bo nie ma kabin albo że te łazienki takie obleśne. Jak dla mnie – grunt że czyste.
Obawiam się też, że w czasie podróży nikt nie stosował się do prośby, żeby nie wrzucać papieru toaletowego (po podtarciu, mówiąc wprost) do muszli. Co mądrzejsi i bardziej otwarci (D. pokochał to rozwiązanie na przykład…), używali mini prysznica przy sedesie do opłukania sobie tyłka po załatwieniu potrzeb. Zero zużycia papieru. Można? Można, tylko trzeba spróbować.

(a to już taka ciekawostka do własnych przemyśleń)

6) Inny SPOSÓB ŻYCIA

Kambodża: ferma krokodyli

Chodzimy sobie od basenu do basenu, oglądając słodkie, małe (i większe) krokodylki. I nagle taki obrazek. I fala oburzenia przechodzi przez tłumek z tyłu. Godzinę później wpieprzamy wszyscy kurczaka i nikogo nie obchodzi, od jakich narzędzi i z czyich rąk zginął.

7) Trudna, lokalna HISTORIA

7 ocalałych z 17 tysięcy więźniów S-21 (reżim Czerwonych Khmerów)

Poznawanie historii danego kraju, to nie tylko te urocze, baśniowe opowieści i legendy o jego powstaniu. To też nieraz ta mroczna, współczesna historia (tu akurat lata ’70 minionego wieku). A z niej wypływa cała masa implikacji obecnego życia codziennego. I nie, opinie rodzaju: a u nas było gorzej, przynajmniej nie przeżyli koszmaru II wojny światowej, to się nie równa tragedii obozów koncentracyjnych, nie są na miejscu i w zasadzie nie wnoszą wiele. Sama rozważałam, czy aby na pewno chcę tę część historii zgłębiać, ale bez niej próba zrozumienia sposobu, w jaki patrzą na Ciebie Azjaci (na przykład Khmerowie) jest z góry skazana na porażkę.

8) Nowa definicja RESTAURACJI (i stołu :))

Mam poczucie, że z racji takiej, a nie innej przeszłości absolutnie NIC mnie już nie zdziwi w kwestii miejsca i sposobu, w jaki można zrobić szamę i ją zjeść. Jakież więc było moje zdziwienie głosami oburzenia: nie będę jeść z brudnego liścia, mięcho z ogniska – a co jak niedopieczone?, a co to właściwie jest za pacia?, to niehigieniczne dziubać wieloma kęsami mięsa w ten sam dla wszystkich sos i tak dalej. Jak dla mnie – najpyszniejszy posiłek na całym wyjeździe.

9)  NIEBEZPIECZEŃSTWO

Los skolopendros

Łupinka (ta po prawej), którą przez 6h spływaliśmy górską rzeką w Laosie

W Polsce, kiedy myślę o niebezpieczeństwie, zdecydowanie co innego przychodzi mi do głowy. Na zupełnie innym poziomie. Tutaj trzeba się oswoić z zupełnie innymi niebezpieczeństwami, z czego jak dla mnie, najtrudniejsze były wszelkiego rodzaju zdrowotne. W każdym razie, zdając sobie (przed wyjazdem) sprawę z tego, co może Cię tu spotkać, ułatwiasz funkcjonowanie sobie i innym. I nie ma jojczenia, wahania i rozkmin.

10) OSZUSTWO

Uwolnij ptaszka, uwolnij ptaszka!

„Jakie to okropne, że oni próbują z nas zedrzeć na każdym kroku!” albo „Niech do pracy idą, nieroby jedne, a nie zarabiają na naiwnych turystach” albo „Co to za kraj, gdzie przybyłym się wciska takie rzeczy, nie dba się o nich, to oni nie będą chcieli tu przyjeżdżać” albo „Jacy to buddyści, to oszuści zwykli”. Każdy ma swój rozum i możliwość podejmowania decyzji. Ty (i ja) też. Możesz czegoś nie kupić, z czegoś nie skorzystać, 10 razy przemyśleć, czy wejść w ciemny zaułek. Ale nie zwalaj winy na ciemny i podły naród.

11) Konieczność zmiany TRYBU ŻYCIA i zwiedzania

Straciliśmy niezliczone ilości minut czekając na spóźnialskich, bądź też wychodząc z noclegowni przynajmniej o godzinę za późno. Jęczenie: za wcześnie, po co tak rano, nic się nie stanie jak wyruszymy pół godziny później przypomina mi kolonie z dziećmi 6-11 lat. Aby uniknąć upału, zobaczyć coś w mniejszym tłumie turystów niż zazwyczaj, warto rano wstać. I rano, mam na myśli 6 rano. Dla niektórych spotkanie o 7 w holu było granicą wytrzymałości.

12) NOWE OKOLICZNOŚCI

Można do wielu sytuacji podejść z uśmiechem. Wzruszyć ramionami, dać się wessać temu, co się dzieje i jak płynie rzeczywistość. Oczywiście pod warunkiem, że nie stwarza to niebezpieczeństwa.
Ale: co za durnie, mózgu nie majo, co my teraz zrobimy, wszystko do bani, powinien mądrzej planować trasę i wolniej jechać, to byśmy mniej spalili, jak on jedzie – którędy – co za matoł, itd. – to się można nasłuchać.

13) Ukryte PIĘKNO

Angkor nie zachwyca, wodospad za niski i za mało szumiący, stolica brudna i zakurzona, morze za ciepłe i nie tam gdzie powinno być (bo powinno być morze, a są wody z zatoki), świątynie jakieś takie nijakie i do cholery wszędzie ten Budda!
No więc czasem jest tak, że jak się człowiek rozejrzy, to nawet w najbrudniejszym mieście znajdzie coś, co go zachwyci. Choć jedną, maleńką rzecz. Tylko żeby chcieć.

14) Ostatnie, ale chyba najważniejsze: RELIGIA, KULT

Poranne zgromadzenie mnichów na modlitwie
Ofiara składana w Wacie w Chaing Mai
Tradycyjne (w buddzymie) okrążanie stupy
W Wacie jest miejsce dla każdego
Tak bak – rytuał w Luang Prabang – mnisi o świcie wychodzą po jałmużnę

To temat rzeka. Wysłuchałam tylu różnych oburzeń na rytuały religijne, na kolor szat mnichów (!), na życie w zakonach (jako że w naszej grupie sami „znawcy”), na to że buddyzm jest taki prostacki, że przecież oni nie mogą mieć bardziej skomplikowanej religii, bo są tacy prości i nie rozwinięci jako naród (absolutnie przeserio!), że po co tak latać po tę jałmużnę, że Budda jest Bogiem, że składanie ofiary Buddzie to przekleństwo (też serio), że…
Okej, na ileś rzeczy można się w nowym miejscu zamknąć. Ale nie na religię. To są absolutne wrota do zrozumienia, pojęcia tego, kim są ludzie w danym miejscu. Czym się kierują. Co jest dla nich ważne, co i w jaki sposób szanują. Dlaczego szanują. Moje przygody z błogosławiącymi lub karmiącymi mnie mnichami, z poszukiwaniem przeznaczonej mi mali, odkrywaniem w praktyce mnisiej Czterech Szlachetnych Prawd, spotkały się z takim jakimś przedziwnym niesmakiem i z etykietką „pogaństwo”. A jednak to drążenie, poszukiwanie i próba zrozumienia dały mi chyba najwięcej, to znaczy to właśnie uważam za najcenniejsze z tej całej wyprawy.
To zapewne kwestia pojmowania świata, perspektywy i wychowania, kultury w jakiej wzrastamy. Ale serio, naprawdę serio – nie da się uniknąć religii i świata mistycznego podczas podróży gdziekolwiek. To jest tak nierozerwalne z człowieczeństwem, że uciekanie od tego, co tak ludzkie jest bez sensu. Szkoda energii. Zwłaszcza tej dobrej (:

Coś pominęłam? Na coś jeszcze warto się otworzyć podróżując?

Rozwiązanie zagadki: to coś galaretowatego na zdjęciu to…(werble) – „nasienie” bazylii 🙂

Tagi: ,
  • KROKODYLE ŻRO! /oburzenie

  • A wiesz, że w Wielkiej Brytanii jest tak samo? Wcale nie trzeba jechać do Azji, żeby zobaczyć, że większość turystów oczekuje 5-gwiazdkowego hotelu nad morzem, a wszystko co inne jest dla nich złe.

    A, niestety, najgorsi są Polacy – a przynajmniej najbardziej mierzi ich zachowanie…

    Super blog!

    • Nah, domyślam się Masiu. Dlatego uprawiam politykę TI wobec takich ludków – toleruj i ignoruj. A Polacy nie tacy źli, w końcu przynajmniej my dwie nie robimy dramatów! (:

      Dzięki za ciepłe słowa!