News

Towarzysz podróży, który zasnął na wieki

Towarzysz podróży, który zasnął na wieki

Nauczyłam się już (pierwszy raz tak mocno ze 3 lata temu, a ostatnio mniej więcej w marcu), że nic i nikt nie jest na zawsze, i że towarzystwo w podróży się zmienia. Ale mimo generanie wielu, nawet bliskich, strat w życiu – wciąż nie odrobiłam tej lekcji. Wciąż mnie to tak rozwala, że nie umiem sobie znaleźć miejsca. A zatem: uwaga, będzie sentymentalnie. A tym sentymentem chcę opowiedzieć o towarzyszu mojej dorosłej podróży.
Były wakacje 2006. Zdałam ekonomikę na 4 u Mantiego, umiałam rozpoznawać chruściki i większość przedstawicieli flory lasu. Wyjechałam z K. na kolonie, jako wychowawcy. W okolice Koronowa. Jakoś pod koniec zadzwoniła Mama, że Puszek (imię na cześć pewnego Puszka) jest poważnie chory. Miał 11 lat. Kombinowałam przyjaciółki (dzięki Anka!), które będą ją wozić na SGGW, żeby kotu podawać kroplówki. Było źle. Tak źle, że ryczałam całe noce, gapiąc się durnowato na krzaki za oknem domku. A dosłownie dwa dni wcześniej patrzyłam z radością w gwiazdy.
Puszek był ze mną (nami) od mojego przeuroczego wieku dorastania. To były ciężkie czasy, z różnych względów. Dorosłam przy nim. Dostałam się na jedne studia. A potem na kolejne. Przeżyłam pierwsze zakochania, o których wiedział absolutnie wszystko. No i pierwszą poważną miłość też. Myślałam, że zejdę razem z nim, gdy przy mnie wyzionął ducha.

Postanowiłyśmy z Mamą zaadoptować malucha, który nieopodal konającego Puszka spał spokojnie w kuwecie, w dużej klatce. I to był Bastek. Kot, przy którym dojrzałam. Przy którym podjęłam najważniejsze w życiu decyzje. I który z niejasnych i niewyjaśnionych bliżej przyczyn jest za Tęczowym Mostem (WTF?!) czy tam w Krainie Wiecznych Łowów od 6 czerwca. Ja tam wierzę, że to było pierwsze z jego dziewięciu żyć, i że nie odrodził się w Indiach. Trzymam kciuki w każdym razie.

Jest gazylion rzeczy, których żałuję. Na przykład, że nie umiałam w tym 2006 roku obsługiwać aparatu (zakupiłam dopieroco pierwszą cyfrówkę, pojęcie makro przyszło do mnie grubo później). I że tak mało mam jego zdjęć z ostatnich lat. Bo po co? Przecież był, zawsze, wiecznie obok. Czasem „na”, rzadziej „pod”.

Od małego był potwornie upierdliwy. Rzucał się na jedzenie jak głupi. Hmm…tu warto przytoczyć, że adoptowaliśmy go z Psiego Azylu pod Warszawą. Kobieta, która prowadziła sprawę miała nas prawie totalnie gdzieś, podczas gdy ja odliczałam sekundy do momentu odbioru (w SGGW, w lecznicy). Była nawet umowa adopcyjna – wszystko. I zero, absolutne zero zainteresowania później.
Z tym żarciem, to było dość ugodowo, bo dojadał po nas wszystko po obiedzie. Raz tak się napchał ryżem i buraczkami, że spał 6 godzin, Mamie na szyi, na fotelu, puszczając śmierdzące bąki. Generalnie spał na jej szyi. Albo na zwitku z koca, bo potrzebował ciepła – jako kot uratowany ze śmietnika.

Deal był taki, że kładłyśmy go na przemian koło siebie z mamą i dawałyśmy mu rękę. Jak nie było ręki, to wyłaził i spał przy brzuchu albo tyłku, ale bałyśmy się, że go zgnieciemy.
Jak był rozbawiony przed spaniem – wchodził na moją mamę albo na mnie, jak leżałyśmy na boku i zjeżdżał z nas. Jak czytałyśmy – czaił się z tyłu i atakował książkę albo gazetę. Od małego strasznie gryzł. I niestety to mu pozostało na dłużej. Przewracał wszystko, co było wyższe od niego. Czasem wybiegał na klatkę schodową i zwiedzał różne piętra i zakamarki. Czasem się gubił, a my świrowałyśmy. Pogonił parę psów, poszarpał spodnie wielu moich znajomych i listonosza. Bronił nas zawsze, nawet bez potrzeby, ale to akurat później – jak podrósł.

To były czasy wielkiej miłości do D., który po prostu z racji metabolizmu był zawsze ciepły. Potem zmieniło się to diametralnie, do tego stopnia, że każdej wizycie D. towarzyszyły warki, jęki i buczenie. Potworna zazdrość.

Był strasznie mądrym kotem. Szybko nauczył się reagować na swoje imię. Na kolanach babci, na fartuchu zrobił sobie hamak. Jak mówiłyśmy coś do niego – strzygł uszami albo machał ogonem. Zaprowadzał Mamę do sąsiadki, gdzie zawsze wcześniej sprawdzał pokój, zanim Mama weszła. I darł się, kiedy już mu (i Mamie) się tam nudziło. Można z nim było na serio pogadać. Mruczał, pomiaukiwał i kłapał paszczą wyrażając aprobatę bądź jej brak.

Lubił wyobrażać sobie polowania. Był arcyszybki i zwinny i pewnie, gdyby nie siatka na balkonie, musiałyby mu wyrosnąć skrzydła. Rozpędzał się błyskawicznie, całkiem nieźle szacował też kąty do hamowania. Prawdziwy inżynier.

Był niesamowicie czystym kotem. Nigdy nie narobił poza kuwetą, choć miał jakiś dziwny sposób na sikanie, więc obrywało się i ścianie, i podłodze. Mył się, dłubał w łapach tak długo, jak było trzeba. Oczywiście ugniatał pazurkami regularnie posłanie. Sypiał w koszykach, na kaloryferach rogrzanych do czerwoności i zakopany w odmęty kołdry. Nigdy nie było mu za ciepło.

Nawet w najgorętsze dni patrolował balkon.

Wielbił kłaść się na czymś. Począwszy od książek, przez uprasowane ubrania, skończywszy na mokrych ciuchach.

Kiedy wyprowadziłam się z domu strażował Mamie. Przychodził do niej, gdy budziła się wystraszona w nocy. Spał z nią i dziugał, gdy była chora. Mruczał, gdy było jej smutno. Warczał jak okradali naszą pakamerę. I tęsknił, gdy jej nie było.

A tęsknił tak bardzo, że darł się, gdy wjeżdżała windą do tego stopnia, że słychać go było już w połowie drogi. Przez drzwi.

Przeżył przynajmniej kilka przemeblowań w domu. Zawsze pomocny, tylko nie wtedy kiedy trzeba.

Spędziliśmy też razem wszystkie Święta. W.sz.y.s.t.k.i.e. Oczywiście miał swoją wizję zapotrzebowania na jego osobę i sierść. Ku mej radości i przerażeniu Mamy.

Nie lubił się bawić w smyranie pod kołdrą, ale był niezwykle cierpliwy w oczekiwaniu na atak na gołą część ciała.

I miał pluszowego węża…

Wiele razy daremnie go szukałyśmy, podczas gdy on zakopany był w kołdrze.

Dodaj napis

Przeżył mój ślub. Dzielnie pilnował kiecki (której wyjątkowo, w przeciwieństwie do wielu firanek i zasłon, nawet nie tknął). I był wyjątkowo miły dla tabunu ludzi, który przewinął się tego dnia przez mieszkanie.

Lubił przyjmować gości. Bardzo. Nie wszystkich oczywiście. Ogromną sympatią darzył mojego chrzestnego. Nieufnością zaś – pół świata (i słusznie, jak się wiele razy okazało).

Regularnie wpieprzał sianko Jezusowi…

To chyba najbardziej aktualne zdjęcie, z kwietnia – przeprowadzka dzikiego wina do domu (remont elewacji). Jak zawsze pomocny.

Był ze mną naprawdę w ciężkich chwilach. Gapiliśmy się sobie godzinami w oczy, gdy ja wracałam zaryczana albo kompletnie zdezorientowana. Nie lubił się przytulać, ale lubił być. I to czasami było cholernie potrzebne i takie proste.

Posterunek, z którego straszył domowników nadciągających z głębi korytarza.

Wpieprzał się też w kadry domowe. Regularnie. Większość takich zdjęć wywaliłam, jakimś cudem ostało się to…

Miał słabość do konkretnej marki żwirku. Wił się i dziamgał kuwetę niesamowicie. Podobnie zresztą, jak lizał papier zeszytów Pigny, marchewki, pietruszkę i wiele innych rzeczy.

Najczęstsza i najulubieńsza poza zaufania.

To był czas, gdy na biurku urządziłam pracownię malarsko-kaligraficzną. I po długich przemeblowaniach przyniosłam sobie szamę…jak widać zrozumianą inaczej.

No i co? Nie ma kota. 8 wspólnych lat. 5 najwspólniejszych. 36 godzin walki o życie. Przegranej być może przez mocne zatrucie, a być może przez jego upór, który był tak silny, że nie pozwolił na pomoc weterynarzy. Nic nie dały notatki i setki pytań u weterynarzy podczas adopcji – jak o niego dbać. Był kotem ze schroniska – być może z wadą wrodzoną, o której nikt nie mógł mieć pojęcia. A może miał cholernego pecha. Strasznie, ale to przestrasznie tęsknię.

Tagi: