News

Jak gorąco! Czyli 13 porad cóż zrobić, żeby upał był nieco bardziej znośny (w Polsce i w Azji)

Jak gorąco! Czyli 13 porad cóż zrobić, żeby upał był nieco bardziej znośny (w Polsce i w Azji)

Kambodża. Zdjęcie nie jest omarkowane, ale powstrzymaj się przed nieuprawnionym kopiowaniem (:
Jest tak gorąco, że mój komputer (kochany Kleofas) nie dał rady. I padł. Ja też padam, jak tak wracam sobie do domu przebiegając niemalże od cienia do cienia. Dziś przypomniałam sobie, jak to było w Azji… przecież przez ponad miesiąc trzeba było sobie jakoś poradzić z tym upałem! Zrobiłam więc spis wszystkich strategii przetrwania. Enjoy.

Po pierwsze: po jakiego diabła się pocimy? To nie jest fizjologiczny wywód co prawda, ale warto z pewnych oczywistości zdawać sobie sprawę. Uwaga, uwaga: pocenie jest dobre! W ten sposób mój i Twój organizm próbuje zachować wewnętrzną temperaturę na mniej więcej stałym poziomie (bo ssaki są stałocieplne, pamiętasz?). Kiedy jest gorąco, kiedy się wysilasz (praca mięśni) albo chorujesz (czyli wysilasz swój system immunologiczny) pot sprawia, że organizm może się trochę wychłodzić. Mamy dwa rodzaje gruczołów produkujące pot. Jedne z nich, rozmieszczone na całym ciele, pozwalają się pozbyć gorąca (tak maksymalnie upraszczając) – taki pot nigdy nie śmierdzi. Trochę bardziej problemowe są drugie gruczoły, rozmieszczone np. w pachwinach – one są aktywne w czasie dojrzewania i podczas różnych stanów emocjonalnych (np. strach, stres). I produkowany przez nie pot nie ma przyjemnego zapachu, co wiemy wszyscy (albo prawie wszyscy).

Mając tę wiedzę, startujemy:
1) Bawełna, głupcze! 
Kaman, jeśli uważasz, że w upały sztuczne, nylonowe ciuchy Ci pomogą, to może się okazać że jesteś w błędzie. Najlepsze co można zrobić, to zakładać przewiewne (czyli też, uwaga, nieobcisłe) ciuchy. Bawełna, len sprawdzą się doskonale. Tylko mają one jedną podstawową wadę – gniotą się. Moja strategia na urlop jest prosta – mam to w tyłku, czy jestem pognieciona. Jeśli zaś w czasie upałów muszę nie tyle dojechać do pracy, co w ciągu dnia przemieszczać się po mieście, to – również mam to w tyłku. Jeśli zaś z kolei mam tego dnia jakieś spotkanie, na którym należałoby wyglądać o poziom wyżej niż wymięty robol – staram się umawiać je na rano albo na koniec dnia i zwyczajnie się przebieram – albo w lekkie ciuchy już po, albo w te bardziej eleganckie tuż przed.
Nie mam w pracy klimatyzacji dzięki Bogu, więc nie muszę się przejmować zamarzaniem. Niestety jednak w letnim look’u obowiązuje duża torba, bo pociągi, którymi jeżdżę do stolicy są jak długie i całkiem szybkie zamrażarki. Uważam to skrajny idiotyzm, ale o tym dalej.

Europejka vs. Khmerki (Kambodżanki). Im chodzi też o to, by nie być zbyt ciemnymi, ale wierzę że jeśli są w stanie wytrzymać w skarpetach, rękawiczkach i w bluzach, to mają na to sposób! (oprócz ewolucyjnych przystosowań)

2) Sandały, skóra czy też szmaciaki na nogi!
Nie da się (sprawdziłam) zawojować świata w upalny dzień, jeśli na nodze masz trampki. Albo kozaki. A w pewne dni nawet czeszki (które ja kocham, ale jak pokazał dzisiejszy dzień…no nie dały rady w upał). Sandały wszelkiej maści, ew. skórzane buty (np. eleganckie szpilki) albo szmaciaki (np. espadryle) są idealne. Noga ma przewiew i jest szczęśliwa. A szczęśliwa i nieopuchnięta stopa, to szczęśliwa ja (i Ty pewnie też).
Tu muszę jeszcze zrobić krótką adnotację o tym, że uważam obecną modę za spisek ortopedów. Sandały (te takie „ą”, „ę”) są produkowane w większości na tak cienkiej podeszwie, że nawet jeśli jakieś mi się spodobają, to wiem, że skończy się to tragicznie dla stawu skokowego i dla kolana. Miejcie dla nich (dla stawów, nie producentów) litość!

Moje pierwsze sandalątka – rocznik 2007

Byłam fanką sandałów Scholla i całą wyprawę azjatycką zlazłam w tego typu sandałach. Mają one jednak parę wad: są śliskie od spodu. Są śliskie pod stopą (podeszwa) zaraz po pierwszym kontakcie z jakąkolwiek wodą. Farbują niemiłosiernie (w Azji miałam czarne…zgadnijcie, jaki był efekt…). Pękają i spłaszczają się, więc po intensywnym użytkowaniu wyglądają co najmniej obleśnie.

Doskonała reklama Scholla i idealny obrazek na okładkę książki „Czarne stopy”

3) Pijemy – mądrze i dużo
Prawda stara jak świat. Ale po fizjo-wstępie zaczyna to mieć sens, hę? Wyrzucasz z siebie wodę, więc mądrze byłoby ją uzupełnić (bo inaczej, tak jak mi w badaniach krwi, wyjdzie Ci nadkrwistość na przykład). Pamiętaj, że pić chce nam się wtedy, kiedy organizm stracił naprawdę za dużo płynów i jest to absolutnie ostatni dzwonek, po którym należy pędem udać się po butelkę, szklankę czy co tam.
Kiedyś była taka taka teoria (podana przez Prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej), że jak temperatura sięga ok. 20 stopni, powinniśmy w siebie wlać 2 litry płynów (też tych spożywanych w jedzeniu). Każdy kolejny stopień w górę, to 100 ml więcej do planu dziennego.

Kambodża, Angkor Wat

No dobrze, teraz CO pijemy. Nie alkohol – ponieważ obniża ciśnienie (chwilowo), więc łatwiej o omdlenie. Nie kawę, bo działa moczopędnie, więc łatwiej o odwodnienie. A więc herbaty, soki, napary ziołowe (np. z szałwii, rumianku, mięty).
Osobiście uważam, że słodkie napoje nie gaszą dobrze pragnienia. Podobnie jak napoje w ogóle (czyli udawane soki). Jeśli już pijesz, to pij coś, co nie jest syfem, nie zawiera konserwantów zanadto, coś co raczej jest/było pasteryzowane. I co zawiera nie za wiele cukru. Sprawdź np. wody smakowe! Ilość cukru w jednej butelce rozwala system!
Poza tym wszystkim ważne jest jeszcze…

4)…żeby pić napoje schłodzone lub ciepłe, na pewno nie lodowate/zimne.
Pamiętasz, jak na początku stwierdziliśmy, że pocenie się jest fajne, bo pomaga schłodzić się organizmowi? Więc dlatego zaleca się pić raczej ciepły napój (no nie wrzątek, się wie!) – on Cię rozgrzeje i pobudzi do pocenia. Czyli do chłodzenia się.
Napoje schłodzone też są dobre. Zwłaszcza takie, które mogą udawać te chłodzące, np. z miętą, która w magiczny sposób sprawia, że człowiek się czuje bardziej rześki.
Osobiście mięty nie znoszę i na samą myśl mam odruch wymiotny. Ale w krajach azjatyckich, gdzie żołądek nie ma łatwo, mięta ma dodatkowe działanie 🙂
Lodowaty napój to szok termiczny dla organizmu. Zazwyczaj daje chwilowe ukojenie (organizm musi wykonać dodatkowy wysiłek, żeby ogrzać, to co mu wlałeś, więc zgadnij co się dzieje…), zazwyczaj też powoduje bóle brzucha. Pierwsze dni (a nawet godziny) w Azji obfitowały w zakupy prosto z lodówki. Potem wybieraliśmy to, co stało poza nią, a nie było to proste. Tambylcy nastawieni na stukniętych turystów prawie wszystkie napoje mieli z lodówek. Takowe jednak też się przydają – patrz kolejny punkt 🙂

5) Kup lodowaty napój, ale…NIE do picia!
Potrzeba matką wynalazku. Jak w kolejnym straganie nie mają niczego względnie ciepłego czy po prostu chłodnawego, kup lodowaty płyn. Jest doskonały. Do przyłożenia sobie do czoła, skroni, karku (tylko tu ostrożnie, bo niektórzy mogą doznać szoku), czy w zgięcia łokci. W ten sposób ogrzewasz swój napój, a przy okazji się chłodzisz. No tylko wypić od razu nie idzie.

Jedzie woda dla białasów!

6) Jedz mniej, jedz lekko
Nie że tam odchudzanie. Ale wyobraź sobie naprawdę ogromny posiłek i do tego ciężkostrawny. Ja już się czuję zmęczona. Trawienie to wysiłek, duuużo wysiłku. A więc i grzanie większe.

7) Szybki, zimny prysznic
W Polsce nie jest z tym łatwo, bo nie jesteśmy kulturowo do takich rozwiązań przyzwyczajeni, ale w Azji? Proszę bardzo – wszędzie możesz się opłukać zimną wodą. Wyglądasz trochę jak wypłosz? Nie szkodzi, nikt specjalnie się tu tym nie przejmuje.
Rada do zastosowania w Polsce na pewno na rano (bo dobrze pobudza) i po powrocie do domu – świetnie odświeża, człek się czuje mniej zmęczony harówą i ratowaniem świata.

8) Dezodorant a antyperspirant
Mam wrażenie, jeżdżąc sobie nieraz komunikacją, że całkiem cywilizowany świat postanowił zbojkotować ich stosowanie. Mam bardzo słaby węch, a i tak potrafi mną nieraz trząsnąć. Mmmm!
Czym się różni jeden specyfik od drugiego – a różni się znacznie.
Dezodorant – nie blokuje wydzielania potu, ale zwalcza przykry zapach. Może mieć właściwości antybakteryjne (bo to bakterie czają się za smrodkiem spod Twoich pach…znaczy, między innymi one).
Antyperspirant – zmniejsza wydzielanie potu poprzez blokowanie (za pomocą soli glinu) gruczołów.
Pytanie, czy uważasz, że to dla Ciebie dobre. W końcu z potem pozbywasz się też toksyn, więc…w sumie wybór należy do Ciebie.
Są też dezodoranty do stóp, co może być przydatne zwłaszcza dla facetów. Nic jednak nie zastąpi mycia się (od czasu do czasu chociaż :)).
A jak klikniesz TUTAJ, to poznasz przepis na własny kosmetyk do walki z potem.


9) Działaj na zmysły – wzrok
Nie wiem, na ile to efekt placebo czy jakikolwiek inny opisany na pewno przez prof. Zimbardo, ale jak jest bardzo, bardzo gorąco i nieznośnie spróbuj na moment zamknąć oczy. Wyobrazić sobie niekoniecznie Mount Everest, bo mózg będzie wiedział, że go okłamujesz, ale jakieś przyjemniejsze miejsce niż to, w którym obecnie jesteś. Zdarza się, że działa. Zawsze jest to jakaś strategia, gdy inne zawodzą. Przynajmniej myślisz o przyjemnych rzeczach, więc spada poziom frustracji na świat.

10) Działaj na zmysły – wodą
W każdej postaci. Pij (co wiadomo). Spryskuj się – nie musisz od razu kupować drogiej mgiełki termalnej. Po prostu miej ze sobą buteleczkę z aplikatorem do spryskiwania (są takie do prasowania na przykład). Fajnie jest dostać po twarzy i dekolcie taką mgiełką. Żadnych zapachowych! Zapachy mają alkohole lub inne substancje drażniące, co w upały nie jest fajne i mądre (otarcia, uczulenia gotowe). Kup sobie wilgotne chusteczki i przecieraj nimi twarz, wspomniane już wcześniej kark, szyję, zgięcia w łokciach, okolice obojczyków – tam są główne arterie, które w ten sposób nieco schładzasz. Jeśli wyszedłeś na wędrówkę po Angkor Wat i nie masz takich chusteczek używaj jakiegokolwiek kawałka materiału. Polewaj go wodą (może być ta z lodówki) i rób okłady.
Wersja dla eleganckich mieszczuchów, co to się malują (czyli czasem ja): pomagają delikatne okłady na same oczy. Makijaż zawsze można poprawić. Mgiełka też sobie nieźle radzi.

Wodospady w Kambodży

11) Działaj na zmysły – węch
W Tajlandii, w 7/11 kupiłam takie sztyfty pełne mentolu i innych ziół, które mają odświeżać, stawiać na nogi, powodować uczucie chłodu. Są rzeczywiście dobre, jak jest Ci niedobrze albo czujesz się blisko omdlenia z gorąca. Chyba całkiem nieźle sprawdziłyby się w Polsce takie sztyfty do nosa z mentolem (w aptece za kilka złotych).


12) Ratuj się kto może – klimatyzacja!
Pierwsze dni w Bangkoku prawie mnie zabiły. W zasadzie to nie dni. Noce. Bo o ile w Polsce, w przeważającą większość dni noce są chłodne, to tam praktycznie nigdy. Mój organizm doznał w związku z tym szoku – no bo jak tak można?! Walczyliśmy ze sobą, żeby klimę ustawić nie na 20 stopni, ale na 28-30.
Klimatyzacja działa tak, że osusza powietrze (jak potrzebujesz szybko wysuszyć gacie – zamontuj je na klimatyzatorze – sprawdzone!). I śluzówki, a więc wnętrze nosa (które nie może wtedy spełniać naturalnej funkcji, jaką jest wyłapywanie syfu i pozbywanie się go), oczy. Przyzwyczaja nas może do przyjemnego chłodku, ale za to jak wyjdziesz na zewnątrz to czeka Cię szok termiczny. Duże różnice temperatur, osłabiona odporność i jest niedobrze.
Poza tym w układach zamkniętych, w klimie (nawet czyszczonej) siedzą różne rzeczy. Naprawdę przeróżne. W samolocie z Azji do Warszawy była wybitnie mocna klima i wróciłam do Polski tak chora, że przez 3 tygodnie nie mogłam się pozbierać. Zapalenie zatok. O fu!
Tak jest w pociągach, autokarach, korpobiurach, samochodach. To naprawdę wcale nie jest dobre dla Twojego ciała, że przyzwyczaisz je do chłodu, mimo że na zewnątrz upał. Pozwól organizmowi się przyzwyczaić do zmiany pory roku. No cóż, możliwe że trochę się spocisz (nie noś najwyżej białych ciuchów, jeśli nie musisz…trudniej sprać pot).
Kiedy w zamierzchłych czasach po Warszawie jeździły piękne i dumne Ikrarusy, a nie klimatyzowane Solarisy czy co tam, to w razie gorąca, czy nagłego napływu ludzi do środka można było otworzyć okna, zrobić przeciąg (który i tak ledwo było czuć). Klima tego nie rozwiązuje. Albo jest za zimno, albo jak wpłynie masa ludzi klima nie daje rady!

Najlepsza klima – pęd powietrza

13) Absolutne podstawy – nie przeginaj ze słońcem, noś coś na głowie
W zeszłym roku nabawiłam się dwa razy udaru cieplnego (czyli tego z przegrzania). Pierwszy raz – w terenie, na łące – za mało picia, brak kremu z filtrem (skleroza) i brak nakrycia głowy. Drugi – w Azji, kiedy po raz kolejny skleroza dała o sobie znać i nie posmarowałam się oraz nie udekorowałam głowy eleganckim kapeluszem. Mdłości, zawroty głowy, uczucie gorączki i palenia, a temperatura ciała poniżej 36 stopni.

Nakrycie głowy naprawdę, naprawdę pomaga. Okej, nie zakładaj go, jeśli jedziesz do pracy. Ale jeśli idziesz na spacer albo na plażing-smażing koniecznie! Szkoda włosów i mózgu!

Różne narodowości, ale wszyscy (no, prawie) zgodnie mają kapelutki na głowie!

Kremy z filtrem – wiadomo. Nawet w mieście są nieraz niezbędne. Mam wrażenie, że ludzie idąc na zwiedzanie (starałam się smarować w Bangkoku, no może poza dniem…kiedy zapomniałam) w mieście zapominają, że słońce tam również dociera. A odbijane od wielu powierzchni działa nawet mocniej. Skutki są mało przyjemne.
I ostatnia rzecz – godziny słońcowania. Dobrze jest nie pojawiać się między 11 a 15 w zasięgu promieni naszej cudnej gwiazdy. Nie zawsze to możliwe (mówię o pracujących). Ale jeśli jesteś na urlopie i smażysz tyłek w tych godzinach, to nawet nie tyle, że pełznie do Ciebie powoli rak skóry, co po prostu ową skórę wysuszasz, przegrzewasz, spalasz (dosłownie) i przyspieszasz jej starzenie. Naprawdę, ale to naprawdę ewolucyjnie nie jesteśmy przyzwyczajeni do smażenia się na kocyku czy ręczniku!

Oba zdjęcia pochodzą z Kambodży. To na górze z Phnom Penh – stolicy, to niżej z okolic Angkoru. Obie prace (czyli podlewanie i wyrywanie chwastów…tudzież przypraw do zupy :P) były wykonywane wcześnie rano lub popołudniu, aby uniknąć zmęczenia (hej, sjesta w Hiszpanii nabiera sensu!) i upałów.

W każdym razie dbaj o siebie w upały. Odpocznij. Nic na siłę. Każdy z nas ma dużo do zrobienia dla siebie i dla innych. Ale lepiej zrób mniej, a spokojniej i wolniej, z poszanowaniem faktu, że Twój organizm potrzebuje teraz nieco zwolnić. Nie walcz ze sobą.

Co najwyżej powalcz z hamakiem 🙂
Tagi: , , , ,