News

Skąd płynie Wisła? Podróż sentymentalna w Beskid Śląski, cz.1

Skąd płynie Wisła? Podróż sentymentalna w Beskid Śląski, cz.1

Kocham góry. Ten wszechobezwładniający ład przestrzenny*, przestrzeń która połyka mnie na przystawkę, miliony odcieni zieleni, dla których nawet producenci farb nie byliby w stanie znaleźć dobrej kreatywnej nazwy. Za zaskoczenia, przygodę, walkę ze sobą.
I jeszcze jedno wyznanie: NIGDY nie byłam w polskich Beskidach. W dorosłym życiu, tak świadomie. Czas to nadrobić! Zaczynamy od Baraniej Góry!
*ład przestrzenny na potrzeby niniejszej definicji nie obejmuje miast. I większości wsi. A na pewno tych, które nie zachowały naturalnego układu i charakteru.

PS. Na samym końcu leniwi znajdą podsumowanie 🙂
To nie jest świeża wyprawa, co zresztą zdradzą zdjęcia. Ale działo się tak dużo w międzyczasie (no, wiecie, na przykład tutaj), a tam było tak cudownie i pięknie, że po prostu nie mogę o tym nie napisać.

Jak to się zaczęło? Otóż na potrzeby przyrodniczego programu edukacyjnego, który prowadzę, musiałam w dość krótkim czasie zdobyć wiedzę, jakiej nie posiadam i doświadczenia, jakimi nie mogę się poszczycić – czyli zgłębić Beskid Śląski i Żywiecki. Obliczyłam że potrzebuję na to ok. trzech tygodni. Wysupłałam ledwo 14 dni. I to z Panem Mężem, bo inaczej to bym zginęła marnie.

Już następnego dnia po przyjeździe, w pierwszy majowy (huh!) poranek, ruszyliśmy z rana na trasę do Wisły. Prognozy nie były zbyt fajne, ale każdy dzień i minuta zaplanowane, a to oznacza, że nie ma czasu na brzydką pogodę. Jedziemy do miejscowości Wisła, skąd zaczyna się trasa na Baranią Górę.

 

Zatrzymaliśmy się ok. 8.30 na parkingu w miejscowości Wisła, dzielnicy Czarne, koło Leśnictw. Pani parkingowa gęsto nas ustawiała, syn zbierał haracz. Zapakowaliśmy sprzęty i w drogę. W powietrzu czuć było las i wilgoć. Rześko i zimno przywitało nas podnóże Baraniej. Od momentu wejścia na czarny szlak podąża się rezerwatem, co oczywiście wymusza powagę sytuacji :).

Młode jodły w kolejce do zasadzenia na okolicznym zboczu. To jedna z tych rzeczy, po których można poznać, że zdjęcie jest wiosenne, bowiem sadzi się właśnie wiosną, latem tylko w wyjątkowych sytuacjach.

 Takie jodełki mają parę lat. Lubią chłodny klimat i wilgoć. Jodłę od świerku odróżnić bardzo prosto – ma od spodu dwa białe paski i miękkie igły. Świerk dresiarzem nie jest i igły ma kłujące, ot zagadka rozwiązana.

Idąc szlakiem czarnym idzie się cały czas asfaltową szosą. Są zawijasy, a przy drodze znajdują się tablice edukacyjne z przystankami. Są całkiem niezłe, bo mają zdjęcia i króciutkie opisy. W Nadleśnictwie można kupić książeczkę, w której wszystko jest opisane głębiej.
Generalnie dla mnie żadna frajda ani nowość, ale między innymi w celu sprawdzenia bazy edukacyjnej tam pojechałam, więc szybka notatka w zeszyciku i idziemy dalej.

Przed wyjazdem tak bardzo goniłam czas (i siebie), że nie miałam czasu pójść „na zawilce”, czyli porobić zdjęcia najpiękniejszym kwiatom wiosny. A tutaj? Jeszcze kwitną, ale jak na złość pada, więc pochylają żałośnie swoje łebki wyczekując lepszych dni na smażing w leśnej ściółce.

Okazało się też, że moja komórka lepiej radzi sobie z makro niż ukochany aparat do makro…znak czasów (na próbach, zachwytach i opcjach spędziliśmy tego dnia spokojnie ze 2 godziny).

W pewnym momencie czarny szlak mówi „miło było, no to nara” i można wejść na czerwony – Główny Szlak Beskidzki. Od tej pory będzie mocniej pod górkę, ale już nie po asfalcie. Mijamy borówczyska pełne niedojrzałych jagód i pułapek feromonowych na korniki. Bo z kornikami problem jest ogromny w Beskidach, ale o tym za moment.

Omnomnom za parę tygodni!

Wlekliśmy się niemiłosiernie. Ze mnie nie zeszło jeszcze warszawskie zmęczenie, poza tym długo nie chodziłam po górach. Pierwsze minuty wspinaczki to był prawie zawał.

Po drodze mija się Izbę Leśną, zabytkowy domeczek, w którym znajdziemy sporo informacji o faunie, florze i problemach ochrony Beskidów. Bardzo ładnie urządzony, nie straszy wypchanymi zwierzakami i sztucznymi kłami. Wstęp bezpłatny.

 Czas wdrapać się do schroniska na Polanie Przysłop. Niegdyś piękne, stylowe schronisko zastąpiono obecnym betoszitem z czasów prawdawnych. Cóż – nie przez system, ale ponieważ ruch turystyczny był tu bardzo duży. Nie wygląda to najlepiej, ale jak wiemy sytuacja schronisk w Polsce jest niestety dość…skomplikowana i trudna, więc dobrze, że w ogóle są. I że można w nich zjeść!

Pomidorowa. Prawie jak rosół, oka wielkości prawie że obiektywu. Ale skubana, dobra była! Dominik w nagrodę za dzielność w wysłuchiwaniu moich zachwytów nad aparatem i makro, a potem stęków pod górę dostał sernik. Wy-bor-ny. Kolejka cały czas była duża. Większość osób zamawiała nie co innego jak…piwo. To ten element polskiej kultury, którego chyba nigdy nie zrozumiem.

Ruszyliśmy dalej. Zrobiło się trochę cieplej. Chmury jakby rzadsze. Po pomidorówce będę mieć krzepę, to wbiegnę na tę Baranią – pomyślałam. No, prawie – pokazało życie.

Pożegnanie z błogim odpoczynkiem (od tej strony wygląda mniej betoszitowo).

O-ho! Kolejny rezerwat!

I słynny nie tylko w Polsce, ale i na świecie krajobraz księżycowy. Jak ogląda się to na zdjęciach na komputerze, czy w przewodniku, to generalnie człowiek sobie myśli „ojej”. Na żywo to przypomina raczej gromkie „o, ku*wa!”.

Jakby na pocieszenie wyszło słońce. Zrobiło się mniej strome podejście niż 10 minut temu, ale nasze tempo jest wolniejsze. D. się dziwi i kmini jak to możliwe, że to wszystko to jest w zasadzie kwestia korników.

W plastrach oderwanej kory, widać wydrążone tunele i owadzie szczątki. Otóż historia kornika w Beskidach jest dość…prosta i zgadnijcie z jakim gatunkiem się wiąże? Tak, tak – z człowiekiem. Dawno, dawno temu, kiedy nie znane było pojęcie kapitalizmu, a bogaci panowie chcieliby być jeszcze bogatsi (no a co, kto im zabroni?), wymyślono że drzewa nadają się do różnych celów. I można je pozyskiwać z lasu. Ale żeby lasy też mieć (zjeść ciastko i mieć ciastko), to może zamiast przepięknej bukowo-jodłowej, charakterystycznej od tysiącleci na tym terenie Puszczy Karpackiej można by walnąć monokulturę (czyli uprawę tylko jednego gatunku, jak np. na polach rzepaku) świerka? Zapewne wszyscy bardzo się na ten pomysł ucieszyli. Wykarczowali przepiękną Puszczę, walnęli se świerkasy. One trochę rosną. Mijały więc lata. A wiecie…z monokulturami jest tak, że jak tylko jakiś „szkodnik” się zorientuje, że jest wyżera, to zapewniona jest masowy pojaw takich niechcianych gości (gradacja). Jak się w porę zarządcy nie zorientują (dziś leśnicy), to przesrane. Serio, bez owijania w bawełnę.

Kornik to też mieszkaniec lasu. Ale jakaś równowaga musi być. Muszą go zżerać ptaszory, a te muszą mieć gdzie mieszkać. Jak jest za dużo kornika, to nie ma bata. Trzeba ludzkiej ręki, żeby się sytuacja zaczęła normalizować.
Dlatego w Beskidach prowadzi się przebudowę drzewostanów – pozyskując świerki i sadząc w ich miejsce na powrót jodły, buki, trońkę modrzewia, lip i klonów. Ku chwale różnorodności i Puszczy Karpackiej. Jednak przyroda głupia nie jest.

Poza tym świerk to tak średnio się czuł w tej monokulturze. Płytki system korzeniowy (jak widać na fotce korzenie – tarcza nie jest zbyt pokaźna w długaśne podziemne konary) to zwiastun wykrotów – czyli właśnie wywracania się drzew pod wpływem np. wiatru. A w tym roku dał tu popalić halny na wiosnę. Parę lat temu, też była wiatrowa katastrofa.

Już niedaleko szczyt Baraniej! Niedaleko są też źródła Wisły!

I znów krajobraz księżycowy.

Brak systemu korzeniowego roślin, zacienienia gleby oraz wzmożony ruch turystyczny spowodowały, że ścieżka jest błotną rzeką. Więc w najbardziej newralgicznych miejscach ułożono kładki.

Widać szczyt. I masy turystów. I. No, sami widzicie co jeszcze.

Szczyt zdobyty! Jedyne, samotne, żywe drzewo w okolicy.

Na szczycie Baraniej Góry można wdrapać się na wieżę widokową. Jako że słońce łaskawie wyszło, widoki były zacne, widoczność tak dobra, że bez problemu można było dostrzec kształt Babiej Góry (koło Zawoi, w Małopolsce).

Pikniking. I naprawdę smutny widok. Zwalone resztki drzew. Z drugiej strony przynajmniej rozkładając rzeczy ma się pewność, że nikt tu się wcześniej nie załatwiał…

Dorodny świerk ma igły zawsze w dół. Jodła – zawsze w górę.

Rozpoczęliśmy schodzenie niebieskim szlakiem. Mimo ostrzeżenia, że może nie być fajnie, bo prowadzona jest zrywka drzew. Ale zakazu nie było, a ludzie idący od tej strony mówili, że da się przejść. No to idziemy.

Ostatnie spojrzenia ze szczytu.

I droga wśród leśnych ostępów w dół.

Jaj, pierwiosnek, czy też pierwiosnka lekarska! Jiiii!

A to dla odmiany buczyna – czyli las bukowy. Charakteryzuje go bardzo ubogie runo, nie widać tu za wiele roślin runa, zwłaszcza latem, gdy buk obsypie się grubymi, ciemnymi liśćmi.

 

Im niżej tym przewaga lasów liściastych była zauważalna. Od strony czarnego szlaku nie widać tego tak wyraźnie. Generalnie szło się nieźle, ALE. Od pewnego momentu błoto było tak straszne, że nie wiem jakim cudem przeszedł tędy koleś z laską w japonkach i dziewczę w króciusieńkich spodniach i letnich sandałkach. My pływaliśmy i się ślizgaliśmy. Jakaś para zbiegała w dół. Sądząc po moich zdolnościach do wywracania się i nieuważnego stąpania mogłoby to się zakończyć tragedią.

Kaskady Rodła, czyli zespół wodospadów na Wiśle. Widać już jej burzliwy charakterek! 🙂 Jeśli ktoś nie wiem kim był Rodeł, to odsyłam tu, do historii.

I skalna wychodnia. Pan Mąż próbował mi wmówić, że to taka gra komputerowa i cały świat jest z cegiełek. Eheś. Szjur. Robi wrażenie w każdym razie. I nie, to nie człowiek to tak posiekał.

Zeszliśmy na dół, do samochodu. Najpierw potrzeba fizjo. Potem jak usiadłam, to staw kolanowy i skokowy bolały mnie tak bardzo, że wiedziałam, że nie wstanę. Koniec. Nie wyjdę już z samochodu. Umrę tu.
Jak już zdjęliśmy buty, zrzuciliśmy ciężary, postanowiliśmy wracać do domu. Ale po drodze zaliczyliśmy jeszcze zaporę na Wiśle.

Tadam. Zapora.

Zbiornik ma na celu zapewnienie wody pitnej mieszkańcom okolic. Wbrew pozorom w górach to nie takie proste.

Okolica wygląda ładnie. Pytanie tylko, gdzie jest do cholery przepławka dla ryb?!

 
A tam w krzakach jest zameczek Prezydenta RP. To przedwojenna rezydencja (jej najstarsza część to zabytkowa kapliczka). Przez wojnę oczywiście zmasakrowano to miejsce. Ale Pan Kwaśniewski na powrót o nie zadbał. Można tamtędy przejechać. Można nawet zajść do restauracji i zanocować w zamku dolnym!

Wracamy do domu S69. Taki kaskady wymyślili tu drogowcy. Wygląda to bajecznie!

PODSUMOWUJĄC:
długość trasy: 18,4 km (pętla szlakiem czarnym – czerwonym – niebieskim i z powrotem przez miasto do czarnego)
czas: 9 godzin (z czego trzeba odjąć jakieś 2-3 na zdjęcia, serio…)
atrakcyjność turystyczna: całkiem niezła (w porównaniu do innych) – jest ścieżka edukacyjna, fajne tablice, dobrze zaopatrzone schronisko (ale kartki mają brzydkie), Izba Leśna, piękne widoki. Ze stanem szlaku niebieskiego jest kiepsko. Momentami jest niebezpiecznie, można spaść z wysokiego murku na skały w rzece, a murek to jedyne miejsce, przez które się nie płynie w błocie.
atrakcyjność przyrodnicza: duża – las bardzo zróżnicowany (dużo siedlisk można poznać po drodze od świerczyn, przez lasy mieszane, buczyny), wskazuje na naturalne zjawiska i procesy, jak i na te, w których maczał palce człowiek. Ciekawa Izba Leśna, interesujące przystanki na ścieżce edukacyjnej. Las nie jest zdegradowany (nie jest zaśmiecony), jedynie w końcówce szlaku niebieskiego przez zrywkę drewna wygląda to trochę masakrycznie.
co z dziećmi: ciężko mi się wypowiadać, no bo takowych nie posiadam. Ale na szlaku było mnóstwo dzieci – od maluszków, po starsze jojczaki i po całkiem dojrzałe wulkany energii
co ze zwierzętami: no, z kotem to raczej nikt w góry nie chodzi, ale z psem TYLKO na smyczy, jak to w KAŻDYM lesie

 Polecam z całego serca (: Beskidy okazały się obłędnie piękne!

Tagi: , , , , , ,