News

Wat Arun – Świątynia Świtu w samo południe

Wat Arun – Świątynia Świtu w samo południe

Owiana legendą, która dociera aż do Europy. Jak zaczniecie czytać o świątyniach Bangkoku, ta prawdopodobnie wskoczy jako pierwsza. Ciekawa, daleka od przepychu architektura. Pełno symboli. I niezliczona ilość odłamków porcelany. Oto Wat Arunratchawararam Ratchaworamahavihara (วัดอรุณราชวรารามราชวรมหาวิหาร) 🙂
Świątynia leży na przeciwległym od wszystkich „topowych” watów brzegu rzeki Chao Praya. Przewozi nas tam prom. Nie jest wcale łatwo, bo wszyscy walą na jedną burtę, żeby pstrykać fotki. Jako że w trakcie naszego pobytu miał miejsce wypadek i zginęło sporo ludzi, służby porządkowe bardzo pilnują odpowiedniego ulokowania się na promie. Płyniemy przez jedną z głównych arterii miasta – przez rzekę. Brudną, ohydną, ale nie śmierdzącą.
Po wyjściu z promu wśród stert butelek i innych odpadów, okolice świątyni wydają się być rajem.


Pięknie zadbana zieleń, cieniste przedsionki z posągami, fontanny,generalnie woda (i smoki).

Dosłownie dwa słowa o historii: spuścizna dynastii Czakri. Zalążki pamiętają czasy Ayutthai (dawnej stolicy). Przebudowę ukończono w momencie, gdy to Bangkok zaczął grać pierwsze skrzypce. Swego czasu to w tej świątyni „przesiadywał” Szmaragdowy Budda.

Świątynia, z racji sędziwego wieku, przypomina stylem budowle z Ayutthai czy też z Kambodży – architektura Khmerów jest naprawdę widoczna gołym okiem. Jeden, centralny prang (wieża) o kształcie hmm…cokolwiek fallicznym (tak podają źródła), otoczony czterema innymi. Jest to reprezentacja 33 poziomów nieba.

Szczyt głównego prangu to wadżra – piorun – broń boga Indry (wkraczamy na moment w panteon bogów wedyjskich). Konstrukcja całej budowli odnosi się do symbolicznej góry Meru. Główny prang podzielony jest na kilka poziomów, zwieńczonych tarasami. Każdy z nich ma swoją symbolikę, związaną z kosmologią hindusko-buddyjską. Ostatni fragment to symbol szczytu góry Meru, przedstawia sześć nieb wewnątrz sfer niebiańskich w obrębie siedmiu sfer szczęśliwości. Nieźle, nie?

Żeby wspiąć się na rzeczone tarasy trzeba przebyć nie tyle długą drogę, co po prostu trudną. Nie róbcie tego w południe. Nie bez powodu (cóż, to moja teoria) świątynia jest wzniesiona na cześć boga świtu – Aruna.
Schody mają symbolizować trud i wysiłek w dążeniu do oświecenia. Jeśli weźmiesz pod uwagę jak wielu dziwnych, a może i nachalnych, niemiłych albo nieznośnych ludzi spotykasz codziennie, dodasz do tego fakt, że powinieneś być dla nich pełen wyrozumiałości, współczucia i dobra, to rzeczywiście ta wspinaczka w pocie czoła ma sens (okej, wiem że to pewne uproszczenie, ale pozostańmy przy nim).

Jest naprawdę stromo i wchodzenie to pikuś. Żeby zejść, trzeba być kozakiem. Na terenie świątyni miały miejsce wypadki (to znaczy dawniej, za naszego pobytu na szczęście nie).

Na tarasach witają nas te same opiekuńcze stwory, co i w poprzednich watach – garudy, kinnary i inne. Są ich tu setki, więc trudno czuć się samotnym. Zresztą, w ogóle trudno, bo turystów jak mrówków. Całe szczęście nie każdy podejmuje trud wysiłku do „oświecenia”, więc na górze dramatu nie ma.

Motywy roślinne przypominają nam o tym, jak to fajnie na tej górze Meru. Istna sielanka i feeria barw!

W mniejszych prangach czujnie stoją bogowie wiatru – Waju. Jak się stoi na ich wysokości, to rzeczywiście – wiatr od strony rzeki jest!

I widok na Chao Praya. Po drugiej stronie widać kompleks świątyni królewskiej (czerwone dachy bardziej na lewo, ale wciąż na prawo od prangu) i Wat Pho (z leżącym Buddą) – tuż przy prawej krawędzi zdjęcia.

Teraz trochę o porcelanie. Świątynia jest chyba najbardziej znana dzięki niej. Bo nie wierzę, żeby ktoś jarał się (tak masowo i powszechnie) na myśl o symbolice góry Meru. Zwłaszcza jak pochodzi z kato-Europy.
Porcelana jest zaiste różnorodna i powiem szczerze, że nasz polski Bolesławiec miałby tu sporą szansę na sukces. Oczywiście w innych czasach. Legendy są dwie. Pierwsza mówi o tym, że król-przebudowniczy poprosił ludzi o wsparcie, żeby ozdobić świątynię odłamkami, a ci na potęgę tłukli talerze. Nawet padł jakiś szacunek, że każda rodzina przynajmniej jeden.
Druga wersja – bardziej logiczna i realna – jest taka, że odłamki pochodzą z balastu statków, które przypływały tu między innymi z Chin.

To była czwarta tego dnia świątynia w Bangkoku, tuż przed podróżą na północ. Czwarta i chyba ta, która nasiliła moje osłabienie. Bo po bieganiu po świątyni królewskiej, ukochanej i wielbionej Wat Pho nie było już tutaj sił. Wspinaczka i żar oraz duchota zrobiły swoje. Kombo to złe rozwiązania przy zwiedzaniu.

Wychodząc ze świątyni, żegna nas łagodny wiatr i przepiękne widoki.

I na koniec, w oczekiwaniu na grupę, rozmowy z kotami. Były bardzo szczęśliwe znajdując cień pośród gaików drzewek bonsai. Fajnie być kotem.

Na Chao Praya, ruch jak na Marszałkowskiej. My czmychnęliśmy do hostelu, żeby biegiem się spakować i ruszyć na północ Tajlandii. W boskie temperatury 20 stopni i w góry.

Jako że ten wpis zamyka cykl o odwiedzonych świątyniach Bangkoku, mapka z lokalizacją tych najbardziej ciekawych. Ale o tym jeszcze napiszę, bo czy warto pójść tu czy tam – mogę polemizować 🙂

Źródeło

Tagi: , , ,