News

Na zachód! Dolny Śląsk – Zgorzelec

Na zachód! Dolny Śląsk – Zgorzelec

To trzecia taka wyprawa. Na Dolny Śląsk. Zaczęło się niewinnie, w 2012. Przepadłam. Po prostu ten region jest tak niezgłębiony, tajemniczy, piękny i tak zupełnie inny od tego, co mi było znane. W tym roku w ogóle jest inaczej, bo jest inny skład. Inne cele, sposób zwiedzania, rozmowy i potrzeby żołądkowe. Pozostała nieprzenikniona tęsknota za tym co stare, pogańskie, ewangelickie i pruskie. Dziś zawładnął nami Zgorzelec.
Zanim jednak dotarłyśmy do tej ostoi kunsztu architektonicznego (no, ok – po stronie niemieckiej głównie), odwiedziłyśmy Jezusa w Świebodzinie.

Zanim jednak dojdziemy do sedna, wpisz proszę trasę z Warszawy do Świebodzina, a potem przez Szprotawę do Zgorzelca. Niezły ze mnie kierowca, nie?

Jak się zjeżdża z Autostrady Wolności (chyba wolności w naliczaniu opłat, które są kosmicznie wysokie, bastards!) na Świebodzin, to droga wiedzie malowniczo wśród pól, łąk i lasów (jest ich tu sporo, lubuskie jest najbardziej zalesione w Polsce). Człowiek spodziewa się wysokiego niczym figury przy wrotach Argonathu (Władca Pierścieni się kłania) Jezusa, a tu…kaput. Ni ma. Dopiero jak się zjedzie na Świebodzin i minie górkę, wyłania się Jezus roztaczający swe ręce nad miastem. Niezwykle malownicze. Niestety z dojazdem do figury jest bardzo
ciężko przez remonty i rozbudowę centrum pielgrzymkowego, którego brak sprawia, że to miejsce jeszcze jako tako wygląda.

Z dedykacją dla Andrzeja, który bardzo lubi to miejsce

Wspięłyśmy
się na górkę, zakupiłyśmy pocztówki. Było miło. A że dosłownie po
drugiej stronie centrum handlowe wyruszyłyśmy na żer i do bankomatu. Ten
ostatni celebrował cnotę oszczędności, bowiem nie pozwalał wypłacić
jednorazowo więcej niż 80 zł.

Dalsza droga to częste
pomruki niezadowolenia, objawy bólu dupy (dosłownego), pojękiwanie w
rytm piosenek z radia. W końcu nastąpił Zgorzelec.
Dałyśmy
mu się porwać tak przezupełnie i w sposób najbardziej oczywisty z
możliwych. Samo miasto po stronie polskiej jest nawet niczego sobie. Ale
szał to jest dopiero po stronie niemieckiej. Zostawiam Cię niniejszym z
samymi zdjęciami skąpanymi w deszczu i przenikniętymi nieco chłodem.
Niżej znajdziesz kilka słów komentarza i godne polecenia miejsce!

Na szczęście dla mnie książki po niemiecku, więc nawet nie było w czym buszować.

All eyes on me

Zegar na wieży ratusza.
I sklep z pogańską muzyką, pięknymi ptasimi obrazkami (raniuszek-Wiking!) i cudnymi celtyckimi bransoletkami. Mają nawet wewnętrzną walutę przeliczaną na Eurosy!

Jak to na Dolnym – motywy masońskie bardzo w modzie 🙂

Nasze serca ujęła wspaniała architektura – zadbana i dopieszczona, harmonijna i nie rozpędzona PRLowskimi wstawkami. Nie ma brzydactw, neonów i obleśnych szyldów. Milion sklepików i sklepiczków, w których jest wszystko co chcesz (nawet ajurwedyjski był!), a o czym nawet nie wiesz że marzysz (odkryłam pewne chcenia w pogańskim sklepie…). Nie ma dziur w chodniku, nie ma globalnej wioski. Jedyne co denerwuje to zakaz fot w katedrze i to, że wszystko jest tylko po niemiecku. Żadnego angielskiego ani nic, ale sprzedawcy dają radę. Jako że po zeszłorocznym Paryżu miałam w portfelu 5 ojro – zagospodarowałam je wreszcie.
Po prostu bajka. Co prawda nieco mokra, ale porywająca, wciągająca historia małych i większych uliczek splątanych nieraz podcieniami i ciekawymi detalami.

Teraz miejscówy. Otóż zakwaterowałyśmy się w Hoteliku. To chyba jedyne godne polecenia miejsce noclegu w Zgorzelcu. Serio. Reszta wygląda dość…staro. Tu jest świeżo, miło, pachnąco, czysto. Jest dbałość o miejsce, pokoje i wygodę gości. Jest po prostu ładnie.

Widok mamy cudny, bo na Nysę i niemieckie kamienice. Zewsząd bombardują nas kolorowe kwiaty i uśmiechnięci ludzie. Pan na recepcji okazał się bohaterem dnia (pozdrawiamy!) ratując mój aparat przed niechybną zgubą – z niesamowitą klasą i zręcznością :). Łazienka na wypasie, w cenie śniadanie, a cena wierz mi – bardzo w porządku.
Na dole znajduje się restauracja Belle maggio (piękny maj). Poprosiłyśmy o filet z kaczki opalany dymem z rozmarynu i tymianku w towarzystwie truskawek (które okazały się być śliwkami), na świeżej sałacie z sosem miodowym z dodatkiem kozieradki (czy jakoś tak), sałatkę z kury z awokado, czarnym sezamem i pycha chlebem czosnkowym, o creme brulee i herbaty. Obsługa przemiła i pomocna, a także niezwykle zwinna (faktura w 3 minuty). Jedzenie tak niesamowicie dobre, że aż trudno to ująć w słowa. Nazwy dań odpowiadają ich smakowi – ooo tak!

Tak podano kaczkę.

Miejsce przytulne, kolorowe, ale w dobrym guście. Naprawdę warto tu wpaść, co w pewien sposób potwierdzają zajęte niemal cały czas stoliki.

Potem szybki spacer, żeby spalić deser z rzutem oka na okropną, betonową część polską. Niestety schodząc z mostu łączącego miasto, w osi widokowej centralnie jest obleśny blok z wielkiej płyty. To smutne, że nasz kraj spotkały takie, a nie nieco weselsze architektonicznie losy. Okoliczne domy – pełna klasa! Choć nieco zaniedbane, to ogrody naprawdę kunsztowne. Nieraz z krasnalami. Ale w zasadzie dobre i te krasnale, żeby choć trochę rozweselić szary beton.

Tagi: , , , ,