News

Sielanka w Górnych Łużycach: ruiny pałaców i…

Sielanka w Górnych Łużycach: ruiny pałaców i…

Wielbię podróże, choć trudno mi przychodzą rozstania (z ludźmi i miejscami). Energia, a jednocześnie spokój, siła i refleksja przychodzą niespodziewanie, bez pukania i urządzają sobie całkiem niezłe gniazdko we mnie. Zwłaszcza w dni takie jak dziś – pełne skrajności, niesamowitych widoków, dobra od spotkanych ludzi, nowych historii i…sielanki. Takiej cudownej, która wypełnia mnie po same brzegi i każe się po prostu zatrzymać, nie gnać, odpocząć.

Lubię jeździć z pewnym… powiedzmy, że planem. A w każdym razie wiem, co chcę zobaczyć, choć i tak spodziewam się niespodziewanego. Otóż, przy trasie z Bolesławca na Leśną (gdzie jest zamek Czocha – dzisiejszy cel), jest takich niespodzianek całkiem sporo. Pierwsza to Nawojów Łużycki, który… no cóż, jest raczej niepozorny. Z perspektywy GoogleMaps (czyli z ulicy) wygląda to tak:

Ot tam kloc przy drodze, nie? Otóż, nie – ukryta perła renesansu:

Kościół (tak, ten kloc to kościół) kryje na tyłach pozostałość po pałacu z 1570 roku. Zachowały się w dość dobrym stanie (jak na pożar, zmiany właścicieli i wyrafinowaną Armię Czerwoną) arkady, których jest aż 16! Ponadto sporo heraldyki (czyli herbów rodowych), kobiety z instrumentami, głowy starców i wszelakie potwory, a także motywy florystyczne. Słowem: cudo. Niestety do tego cuda nie ma nawet pół drogowskazu (poza informacją o sklepie z rzeczami uRZywanymi). Miejsce jest ogólnie dostępne, włącznie z rusztowaniem. Aby poczytać o historii pałacu wejdź tutaj. Po prawej znajduje się resztka ruin pałacu. Godne odwiedzenia, bo za moment może tego miejsca nie być, jakichkolwiek prac konserwatorskich nie widać.

Fot. U.
Tak wygląda to od strony furtki kościelnej. Na tyłach ściany, którą widać na wprost zdjęcia jest ruina pałacu.

Nieco detali z poziomu rusztowań.

Herby i kobiety z instrumentami, np. ta po lewej trzyma trójkąt z obręczami.
Wejście do środka ruin.

Dla pewności napiszę jeszcze raz: data budowy pałacu: 1570 r.

Pozostaje tylko podnieść wysoko brwi ze zdziwienia, że miejsce niszczeje (chociaż…czy po 3 latach podróży po Dolnym Śląsku to w ogóle powinno dziwić?) i ruszyć dalej. Na trasie naszym spragnionym ruin oczom objawiły się jeszcze dwa miejsca, zupełnie znienacka. Choć czekają na nas od paru wieków.

Kościelniki Górne to miejscowość (Kościelnik po drodze jest kilka) ciągnąca się wzdłuż Kwisy, pól, miedz, starych sadów i całkiem uroczych domostw. Aż tu nagle, zza winkla wychyla się takie cudo:

Pałac rodem z 1867 roku, obecnie w rękach prywatnych. Tam rzeczywiście ktoś mieszka, ale jak głoszą ludzie z budynku po drugiej stronie resztek ogrodu, pałac jest zapuszczony, właściciel jest wariatem i tyle. Nie za dużo, jak na budynek w nie najgorszym stanie. Pukałam, ale bez odzewu. Aby obejrzeć inne zdjęcia i trochę wnętrz, wejdź tutaj. Wszędzie mnóstwo ślimaków. No i kot – więc elegancko.

Zdobnictwo zaiste eklektyczne.

Nieopodal, w Kościelnikach Średnich jest za to perła z XIII wieku. Uznawany za jeden z najważniejszych zabytków tego typu kościół zachował się w zasadzie bez większych zmian architektonicznych. Obecnie oblany złotem kwitnącej nawłoci, zabezpieczony przed zupełną ruiną spogląda w kierunku młodszego kościoła katolickiego. Opuszczony po wojnie, ze względu na zniszczenia. Niestety mimo datowań na około XIII wiek (może i wcześniej) nie doczekał się ani tabliczki z drogowskazem, ani wzmianki w przewodnikach, ani nawet remontu.

Tajemne (i jak prawie zawsze – nielegalne) wejście

Po drodze z kościoła spotkałyśmy nowy gatunek drzewa owocowego: śliwożynę. Jeżyny tak cudownie wysoko obrosły śliwę (a do tego były tak obłędnie smaczne!), że wyglądało to na nierozerwalną więź gatunkową.

Śliwożyna 🙂
I głóg
Tym zdjęciem uważam temat kotów na tym wyjeździe za wyczerpany

Tuż obok kościoła jest pałac, zamieszkany, nawet w niezłym stanie. Na pewno lepszym niż zakurzony obiektyw.

Tego dnia odwiedziłyśmy jeszcze zamek Czocha, ale opowiem Ci o nim przy kolejnej okazji – przyjemności trzeba sobie dawkować, a o zamku jest sporo do napisania. Tymczasem poznaj miejsce, które mogłoby uchodzić za raj na ziemi (gdyby nie budowa kanalizacji, ale sam wiesz jak bywa).

Polna Zdrój to agroturystyka (choć Właścicielka powoli zmienia pomysł na to miejsce), która sprawi że poczujesz się tak daleko od przyziemnych spraw jak to tylko możliwe. Przy zachodzącym słońcu znajdziesz swoje miejsce w zacisznym pokoju, na tarasie albo na huśtawce postawionej na idealnie białym piaseczku. Śliwka spadnie Ci na głowę albo zapadniesz się w kolorowe poduchy na kanapie w salonie. Surowy wystrój wnętrz połączony z ciepłymi dodatkami sprawi, że pomyślisz „moje miejsce”.

A potem, kiedy już rozpłyniesz się w tych niby przypadkowych elementach, zielonej trawie i bielonym drewnie, Właścicielka zawoła na kolację. Przy ogromnym, drewnianym stole. Poda Ci najlepsze na ziemi jedzenie, które wcześniej sama przyrządziła. Ze swoich upraw. Pomidory otulą Cię doskonałym smakiem, fasola rozpłynie się w ustach, a zupa ze swojską kiełbasą oczaruje Twoje podniebienie. Domowa oranżada, mini pomidorki zatopione w pysznej zaprawie, genialnie kwaśne ogóreczki i chrupkie pieczywo skradną Twoje serce na zawsze. A to dopiero początek, bo na śniadaniu poznasz smak herbaty z kopru włoskiego i nagietka (i paru innych ziół), pysznej (!!!) wątróbki, kolor czarnuszki zdobiącej pastę z tuńczyka oraz feerię smaku wędlin i pieczywa.

Widok na Wleń, z drogi do Polnej Zdrój

W nocy może i chłód wtargnie przez okno oświetlone niewielką lampką, ale rankiem ujrzysz widoki, które zawołają Cię na słońce. Rozgrzejesz kości i z żalem udasz się w dalszą podróż…

Tagi: , , , , , , , , ,