News

Wpłynęłam na czyste Mazury! czyli inżynier Kasia na łódce

Wpłynęłam na czyste Mazury! czyli inżynier Kasia na łódce
źródło: FB projektu Wpłyń na czyste Mazury*


Jestem strasznie upartym człowiekiem. Naprawdę ciężko mi zmienić coś, co sobie postanowię, poukładam w głowie.
Dlatego wszystkich chyba dość zdziwiło, że oto ja – klasyczny szczur lądowy – jednak zdecydowałam się wsiąść na łódkę. Nie to, że nie lubię wody (bo lubię, zwłaszcza śródlądową). Nie to, że nie umiem sobie poradzić w polowych warunkach. Po prostu łódka nigdy mnie nie ciągnęła.
Luty. Zarzekam się, że nie wsiądę na tę łupinę. Totalnie nie wiem, czym jest fok (poza tym, że miło się kojarzy z pewnym ssakiem), a czym grot. I kombinuję jak koń pod górkę, jak włączyć się w naszą fundacyjną akcję pozostając suchą nogą na lądzie.

Czerwiec/lipiec. Przygotowania pełną parą. Z jednego pokoju słyszę, że żagiel się szyje. Niby to wpada mi w ręce folderek z łódkami i wypasionym wyposażeniem. No i jakoś trzeba się zdecydować. Uhm. No dobra, na pohybel! Jestem ambitna, więc w fazie walki zakupuję nawet profesjonalny ceratowy sztormiak. Przypominają mi się obozy i kroczenie w sztormiaku i klapkach na kolację składającą się z rozmoczonych kanapek.

Końcówka lipca. Na widły Neptuna! Roboty przybywa, zespołu ubywa na urlopy. Jestem w amoku pisania scenariuszy na zlecenie, załatwiania niezałatwionych spraw i uśmiechania się do ludzi. Tak strasznie mnie to męczy, że łapie mnie przeziębienie, rozwalam sobie nogę i w duchu myślę „najwyżej nie dojadę, trudno”.

26 lipca. Impreza rodzinna. Ło matko. W panice zbieram rano rzeczy do plecaka. Oficjalnie jestem przygotowana na każdą ewentualność. Trochę jak na pierwszy obóz. Dzień jest parny, późnym wieczorem wsadzam tyłek w rozklekotany PKS Mrągowo, którym jakimś cudem w środku nocy dowozi mnie do Mikołajek. Nie ma fanfar, powitań ani uścisków. Dreptam wśród tłumów na koncercie szant do łajby. Wdrapuję się po koszu, trzymam się jakichś (naówczas) linek i modlę się, żeby nie zaliczyć epickiego upadku w wodną toń.
Oż żesz, jak tu mało miejsca! I w ogóle o co chodzi z tym rozkładaniem koi. Rozdziera mnie niemiłosierna tęsknota do pozostawionych samym sobie spraw. I ból trochę. Jeśli ogarnę temat mycia i przy okazji nie zgubię piżamy oraz honoru to będzie pełen sukces!
Koło 3 nad ranem nie daję rady. Idę się położyć. Sternik, rocznik 1947, szaleje gdzieś wśród fanów szant. Generalnie bardzo elegancko, bo Tri martolod i mi było miło usłyszeć. Zasypiam.

27 lipca. Jeżu. 4 rano. Już świta. Jeszcze chwila snu. 5 rano. W cholerę, czemu tak buja i czemu sternik idzie na kolejną imprezę obok, skoro dopiero co z jednej wrócił?! 6 rano. Siku! 8 rano – chrzanię, idę do łazienki.

Dzień w Mikołajkach to głównie nauka paru węzłów, zakupy w Lewiatanie, nauka odróżniania kolorów linek i ich funkcji, mrożony jogurt, pyszna kawa i pierwsze wypłynięcie łajbą w świat. Nie wiem, na ile przechyły są normalne, a na ile nie. I z której strony ktoś potencjalnie może nas staranować. Płyniemy.
Port – Popielno. Śniardwy.

Burza przeszła bokiem, schowani w trzcinowiskach napawaliśmy się spokojnym popołudniem
PANowska hodowla
W krzaczorach popiskiwały cicho krzyżówki i urocze łyski
Czas na pracę (:
Jak już dobiliśmy do pomostu, to świat niemiłosiernie się bujał. Świat…o losie, jak tu pięknie! Czerwone korale jarzębiny, rżące koniki polskie, gęste trzcinowiska, łyski i granatowa tafla wody. Cisza, spokój, ciepło i wiatr. Wieczorem myję włosy w lodowatej wodzie i czuję moc. Wracam w turbanie ścieżką i pogwizduję cichutko, a koniki odpowiadają rżeniem. Gwiazdy skrzą się niemiłosiernie nade mną i uśmiecham się szeroko sama do siebie. Tęskniłam.

28 lipca. Pierwsza od miesięcy poranna joga w zacnym towarzystwie:

A potem piesza wycieczka. Wracają wspomnienia wędrówek po mazurskich bezdrożach. Słońce dowala skwarem. Oczy cieszy każdy polny chwast. Jak tu pięknie! Mozaika wody, zarośli, pól i lasów pochłania mnie zupełnie. Rzut oka na jez. Bełdany i wirujące niczym w walcu wiedeńskim białe żagle. Warmiński szachulec wyłania się spomiędzy zadbanego ogrodu. Miłe rozmowy i spotkania z ludźmi.

Nigdy nie wiesz, czego się spodziewać za rogiem…
…ani jakich rozmiarów (:
Żegnamy się z konikami i prujemy na Śniardwy. Ogarniam temat linek. I żagli. Jest zacnie. Jest moc. Dopływamy mniej więcej do Niedźwiedziego Rogu, przedzierając się przez ukryte w trzcinach wejście. Pomost lekko się chybocze, miejsce sprawia wrażenie wymarłego. Wyskakuję głodna jak wilk. Odnotowuję w myślach niespożytą ilość energii, która pojawiła się nie wiadomo skąd. Sprawnie układam ognisko, niuchając skąd wieje, żeby dobrze usytuować wejście. Nie potrzebuję grama rozpałki, gałązki z radością zajmują się ogniem. Nie wiem czy bardziej się z tego cieszę, czy rozpiera mnie coś w rodzaju dumy, że są rzeczy, które raz wpojone pozostają na zawsze. Za chwilę skrzą się kiełby. Chwilę później zaczynam „zapitalać”. I dwie chwile później pojawia się tajemniczy zew. Uczucie tak silne, tak intensywne, że z trudem je opanowuję. Wzywa mnie do tego, co porzuciłam blisko dekadę temu. Do pisania. Robię to, co zazwyczaj w takich sytuacjach – zabieram się do pracy i tłumię instynkty.

29 lipca. Leniwy poranek. Tak leniwy, że aż mi głupio, że ktoś musi mi zrobić śniadanie, bo nerwowo i z pośpiechem uderzam w klawisze. Tyle pracy, deczko adrenaliny i czuję że żyję. Upał wdziera się przez intensywnie niebieskie niebo, porywa wiatr i resztki chmur na niebie. Dziś wielka akcja. Czekamy na media i suniemy przez fale na Czarci Ostrów! Więcej poczytasz tu (klik), a gwiazdorzącą mnie możesz obejrzeć w 13-tej minucie na przykład tu (też klik).

Fejm!

Goni nas burza. Zaczyna lać. Ciśnienie spada na łeb, na szyję. Docieramy znów do tego samego portu. Spacer do wiejskiego sklepu. A potem zaliczam totalny zgon. Gdy załoga wyrusza na obiad, ja szoruję pokład i rozważam co zrobić z zewem. Wyciągam komputer i…i…i…zakładam plik doc. Z przerwą na obiad, mycie, komarze pogryzienia i rozmowy przy pochmurnym po-burzowym niebie klepię parę stron. Na razie myśli są totalnie niepoukładane, ale wkracza we mnie jakiś taki spokój. Gdy wszystkich porywa w swe objęcia Morfeusz, ja leżę na rufie i snuję plany.

Świeża rybka z Głodowa, catering by Kierownik Wycieczki. Sandacz w sosie kaparowym – mistrz!

30 lipca. Znów poranna joga. Głowa coraz bliżej wyprostowanych kolan, skupiona na oddechu jest zupełnie wolna od trosk i innych pierdół, które na co dzień przybijają mnie już od pierwszych minut poranka. Zbieramy manatki, kończę wysyłanie bardzo-ważnych-maili z rana. I ruszamy. Czuję się już całkiem swobodnie w tym całym ekwipunku. Czuję nie tyle adrenalinę, co odblokowane receptory serotoniny. O, hejka! Tu byłyście!

Wiatr plącze mi włosy i muska poszarpane zwrotami przez sztag dłonie. Zamykam oczy i zalewa mnie mój zew. Milion inspiracji, myśli, uczuć, to gniotące uczucie w splocie słonecznym. Barwy świata zdają się być ostrzejsze.
Smakuję maleńkie stynki i pyszne lody. Daję się porwać szałowi zakupów i zyskuję nową spódnicę.

Styneczka omnomnom! Słyną z niej Mikołajki.
Sru na jez. Tałty! Fot. Małgosia I.

Aż w końcu zbieramy się do dalszej drogi. Do Kokoszki.
Nie wierzę, że tu jest tak pięknie. Że taka cisza. Że myśli same układają się w logiczny ciąg. Że wszystko staje się proste.

6 w skali B. Wiatr gra na wantach i kołysze trzciny. Fot. Krzysztof R.
Fot. Krzysztof R.
Stynka w wersji martwo-nabrzeżnej. 
Wieczorna droga przez las do prysznica jest magiczna i taka intymna, że aż czuję się zawstydzona tą bliskością lasu i nieokiełznanym szmerem w liściach. A po powrocie czeka na nas ognisko. Płomienie odganiają wszystkie złe duchy i demony przeszłości. Tu i teraz jest takie oczywiste. Smak jeżyn na języku, spalona kiełba i ciepło bijące od wspólnoty ludzi. Szczere rozmowy, życiowe (trochę gówniane) tematy i czar przemykających przez niebo gwiazd. Do snu kołysze mnie szept wiatru.

31 lipca. Długa joga na pomoście – równowaga potrzebna do tego, by z hukiem nie zderzyć się ze spokojną wodą jest arcypotrzebna. Deski przemyte poranną mgłą nawet nie zaskrzypią od stóp ustawianych do pozycji wojowników. Na wietrze powiewa przemoczona koszulka i ręcznik, co to nie zdążył wyschnąć. Śniadanie jemy w cieniu olszy. Skwar leje się na nas nieznośnie i nieprzerwanie. Ostatnie zdanie w pośpiesznie wysyłanym mailu. I płyniemy na kanały. Jeziora Tałty, Tałtowisko, Kotek Wielki, Szymon, Szymoneckie, Jagodne, Boczne i Niegocin.

Jeziora i kanały na przemian zdają się przypominać szyfr Morse’a. Trasa wydaje się nie mieć końca. Goni nas burza, zlewa deszcz. Chowamy się w trzcinach, wdychamy rześkie powietrze. Późnym wieczorem wpływamy do portu w Wilkasach kręcąc nosem na ucywilizowany beton. Mój zmęczony umysł łączy się z równie zmęczonym umysłem pani w knajpie. Pod prysznicem jestem już absolutną mistrzynią czasu i 5 minut bieżącej wody wydaje mi się zbędnym luksusem. Wieczorem przy smaku jabłek i kabanosów chłonę wiatr i szanty z tawerny na brzegu. A gdy wszyscy układają się na kojach, klepię zawzięcie w klawiaturę dzielnego lapka kolejne słowa. Czytam te już napisane, biorę głęboki wdech i powtarzam sobie, że marzenia są po to, by je spełniać.

jez. Kotek Wielki to ostoja takich wysp roślinności – cudo!
Nawodna knajpa
No nie brzmi to zbyt pozytywnie i konstruktywnie.
Wilkasy welcome to.

1 sierpnia. Śniadanie mistrzów. Z każdym kolejnym łykiem wyśmienitej kawy i spojrzeniem na zaparkowane niczym konie w stajni jachty czuję, że żyję. Że to jest mój świat. Nawet telefony odrywające mnie od jajecznicy nie robią większego wrażenia. Świat jakby stanął w miejscu.
Ostatnie kanały. Montujemy biało-czerwone wstążki na salingach. Plączą się między wantami, ale przekaz jest jasny: pamiętamy. Trochę mnie skręca, że w tak ważnym czasie jestem tu, na łódce. Ale w sumie służba wszędzie jest służbą. W każdej formie.

Z Niegocina przebijamy się na Kisajny i Dargin. Nie ma wiatru. Chmury kłębią się leniwie nad nami. Gdzieś na horyzoncie szare niebo zwiastuje deszcz. Żal mi, że dziś ostatni dzień na wodzie.

Niebieskie żagle nie chcą za nic w świecie zaszaleć. Jakby buntowały się czując swój zmierzch. Godzinę „W” honorujemy syreną na wodzie. Słychać wycie innych syren, z brzegu. Na moment z Mazur przenoszę się do Warszawy i dziękuję za to, że mogę tu być. Wpływamy na jez. Sztynorckie. Śmiały harpunnik na dziobie wypatruje wieloryba, ale wśród trzcin nie ma nawet łyski.

To koniec. Z nieba znika słońce i zalewa nas deszcz. Obiad we wsi na propsie. Tradycyjne ogródki i tradycyjny kot również. Pakujemy się w duchocie, ogarniamy resztki wspomnień i rozmawiamy na rufie. Gdzieś na brzegu toczy się życie. Ostatnia noc na wodzie, ostatnie godziny dla zewu na łódce.

Knajpa Córka Rybaka w przyczepie. Warto odwiedzić europejskie WC – robi wrażenie 🙂 Ale honor trzeba oddać – ryby wyśmienite!
Tu kwiatki, tam azbest, a z boku gliniany krasnal.

2 sierpnia. Przemija. Jakoś. Na lądzie. Na rozmowach i głodzie.
Wieczorem smak jabłek drażni moje kubki smakowe. Dostaję swoją szeklę i trzy razy po tyłku panem sandaczem. Nielegalnie zażywam kąpieli w jeziorze z widokiem na Ruciane Nida w towarzystwie zacnego Kierownika Wycieczki. Noc spędzam na pisaniu. A gdy budzi mnie potrzeba, świat niemiłosiernie się buja. Odpływam w niebyt.

A gdyby tak być niezmąconą taflą jeziora?

Nie ma słów, by opisać, co się we mnie obudziło na Mazurach. To jakby ktoś zdjął mi klapki z oczu. Przypomniał kim i dlaczego jestem. Kopnął w tyłek, zmusił ciało do elastyczności, a umysł rozgrzał do czerwoności. Świat naprawdę stanął otworem, wiele rzeczy stało się jasnych. Ileś się poukładało. I choć wciąż trochę mną buja, czuję że żyję. Że tak powinno być. Miękka skóra, przenikliwe spojrzenie i kapelusz na głowie – to moja nowa wizytówka.

* Jeśli nie zaznaczono inaczej, zdjęcia są mojego autorstwa, niczym nie ruszone, świeżutko z telefonu HTC 🙂

Tagi: , , , ,