News

8 powodów, dla których zakochasz się w Chiang Mai

8 powodów, dla których zakochasz się w Chiang Mai

Nie ma słów, które opisałyby moją ulgę, radość i podniecenie północą Tajlandii. Po dusznym, ściśniętym i wiecznie zapędzonym Bangkoku, a także okradzionej z resztek godności Ayutthai, odnaleźliśmy spokój, ciszę oraz majestat kultury tajskiej w Chiang Mai.
Z Bangkoku jechaliśmy tu (całkiem wypasionym autobusem) caluteńką noc. Były kocyki, była niestety (nie wierzę, że to piszę) klima. Były postoje. Natomiast rankiem – był cel podróży. I trzęsawka z zimna. Wyobrażasz to sobie? W Azji, nieco poniżej 20 stopni, a my rozdygotani? Jakieś 18 godzin temu smażyliśmy się w 40 stopniach pod świątyniami w Bangkoku!

Chiang Mai jest miejscem, do którego często wracam myślami i jeśli tylko będę miała okazję – wrócę tu również całą sobą. Powodów jest o wiele więcej niż osiem, ale powiedzmy to sobie szczerze: dążenie do minimalizmu jest moim postanowieniem noworocznym, a nie bardzo mi wychodzi…

Powód #1: górskie, rześkie powietrze

Przyjechaliśmy tu trochę schorowani. D. tak poważniej, a ja po prostu udarowo-cieplnie. Klimat zbliżony do naszego, polskiego lata nad morzem (okej, w wersji: przy odrobinie szczęścia ze słońcem) był naprawdę miłym prezentem. Mózg wchodzi na zupełnie inne obroty. Poza tym. Już Ty dobrze wiesz, z czym się wiąże górski klimat, nie? Ano! Z widokami!

Powód #2: bogactwo historii i świątyń królestwa Lanna

Wersja minimalistyczna tego powodu jest taka, że tutaj to królestwo rozkwitło (jakiś… XIII wiek, powiedzmy). Tak więc tutaj, do dziś, można na każdym kroku natknąć się na jego spuściznę – przyznasz chyba, że to całkiem klawe?
Podoba mi się też bezpretensjonalny, spokojny wyraz architektury lanneńskiej. Jej harmonia z naturą, delikatne, subtelne linie dachów i detale – niby strojne i bogate, ale tak naprawdę podkreślające tylko spójność każdego elementu budowli.

Oh, i jeszcze ciekawostka: Chiang Mai jest 45 razy mniejsze od Bangkoku. Ale świątyń jest tu prawie tyle samo, co w stolicy. Tu naprawdę Wat czai się za rogiem, na skrzyżowaniu, niemal wyskakuje z Twojej lodówki (o ile ją masz).

Na tapetę weźmy Doi Suthep – świątynię położoną na wzgórzu, za miastem. Jak już wdrapiesz się po schodach na górę – Naga wynagrodzi Ci to widokami. A te roztaczają się na tereny Parku Narodowego.

Główna czedi w Doi Suthep pochodzi z XVI wieku. Od lat ludzie pielgrzymują do niej, doczepiają ornamenty i płatki złota do parasoli, które stoją w rogach. W cichych szeptach i wśród mantr zaklęte jest bogactwo dobrych życzeń i nadziei, dzięki czemu naprawdę miło jest tu przystanąć na chwilę.

Chiang Mai to jeden z najważniejszych ośrodków buddyzmu therawady.

Trafiliśmy akurat na czas przygotowań do najpiękniejszego święta buddyjskiego: Loi Kratong, które mogłoby być określone mianem Festiwalu Świateł. Tysiące (!) lampionów powoli znajdowało swe miejsce wokół licznych Watów.

Jedna z wielu świątyń wokół której dekoracje wygrały niepisany konkurs na mistrzostwo kiczu – sztuczne tulipany, dziesiątki rozradowanych Buddów – istna sielanka.

Przygotowania w toku. To całkiem urocze, że tam nikt nigdzie się nie spieszy. Ten stan łatwo się udzielił również nam. Do tego stopnia, że jakoś tak zamiast zobaczyć co nieco w ciągu dnia, zastała nas nocka.

Co jak widać miało swoją ogromną zaletę:

Wnętrze lannejskiej świątyni – głównie ciemny brąz i złoto.

Powód #3: szczypta Europy w Indochinach

To nie my napomykaliśmy co chwila, że tęsknimy do ziemniaków i kotleta. Ale miło jest zobaczyć i przede wszystkim poczuć związek niemal idealny, jaki tworzą tu tradycja i wpływy europejskie. To drugie, to zapewne efekt dynamicznego rozwoju miasta i prężnie działającego Uniwersytetu – studenci zapalają iskrę w Chiang Mai, ożywiają je.
Można więc znaleźć rodzinne interesy, takie jak ten, gdzie restauracja to część domu:

jak i bardziej euro-rozwiązania.

W nocy, błyski neonów zapraszają na kawę, ale jakoś zupełnie nie mogliśmy sobie wyobrazić jej smaku w kontekście tajskim, więc nawet nie próbowaliśmy. Zresztą – chłodne powietrze działało lepiej niż kofeina.

Takie obrazki też są. Jako zagorzała nie-fanka Starbucks’a nie byłam uradowana takim epatowaniem amerykańską spuścizną lury i drogich ciasteczek. 

W Chiang Mai są dziesiątki księgarni, w których są z kolei dziesiątki książek. Anglojęzycznych też. Na szczęście nie było czasu/siły na dogłębniejsze rozeznanie w temacie.

W czasie naszego koczowania odbywał się Festiwal Świateł – miła atrakcja, która przyciągała i lokalsów i turystów tworząc istny tygiel kulturowo-językowy.

Powód #4: Sunday Walking Street (i generalnie inny szoping)

Pierwszego dnia, po przyjeździe, wyszliśmy coś zjeść. Tymczasem, okoliczne ulice zamieniły się w jedno wielkie, przeogromne wręcz targowisko. Co więcej, jak się dowiedzieliśmy, zacne targowisko, bowiem wiele wyrobów, które tu są nabywa się od okolicznych rzemieślników i plemion górskich. Cóż – czy tak jest – pewnie w jakimś stopniu tak. To zresztą widać po ilości towaru i jakości wykonania. Warto poszukiwać. Moim zdaniem to też najlepsze miejsce na zakup pamiątek dla krewnych i znajomych królika z Polski. Zacne ceny, ogromny wybór.

Przypominające nieco łowickie wycinanki prace, wykonane są ze skóry bawolej.

Robale 😀

Sposób na upał i nudę – wiatraczek i serial na telefonie.

 

Rzemieślnik przy pracy i hit mody – piżamki! Na szczęście okazało się, że nie jestem fashion victim.

Ciuchy dla psów i kandyzowane owoce.

W CM jest też Night Market – nocne targowisko. Również polecam – zarówno zakupowo, jak i na masaż tajski. Niedrogo można nabyć dobrej jakości wyroby z bawełny (koszulki, szale, spodnie, spódnice, więcej szali). Drobna biżuteria, breloczki (całkiem gustowne), durnostojki – co tylko zechcesz.

Powód #5: punkt wypadowy

W mieście są dziesiątki agencji turystycznych, które zabiorą Cię na trekking w góry, wyprawę samochodową, zapewnią przejażdżkę na słoniu, spotkanie z tygrysami, górskimi plemionami, wyprawę do Parku Narodowego i wiele, wiele innych. Rozsądne ceny, jak zawsze, do utargowania. My nie skorzystaliśmy z usług, ale z wiedzy na temat wyceny. Udzielana jest chętnie – warto pytać i porównywać.
Zrobiliśmy sobie wycieczkę po okolicy (storczyki i koty) za 200 BHT (!!!). Mieliśmy do dyspozycji tuk-tuka (tak, całego dla siebie) i niezwykle zwinnego kierowcę na jakieś 3-4 godziny (który na nas wszędzie czekał). To bardzo niewiele, patrząc na odległości i czas.

Powód #6: raj dla botaników (no, dobra: miłujących storczyki)

Kiedy ktoś pyta, czy lubię storczyki – muszę się zastanowić. One są tak pretensjonalne, tak pospolite z tym swoim pięknem i zarazem upierdliwe z pielęgnacją, że jest to nie lada wyzwanie, żeby się określić „hot or not”. Ale na farmę zajechać można, zwłaszcza że wstęp 30 BHT (tak, dokładnie 3 zł).

Tak w ogóle, to Tajlandia słynie ze storczyków. Jest ich tu około 1300 gatunków. Miliony kwiatów idą na eksport. Jednak, aby wywieźć storczyka potrzebny będzie certyfikat. Pozyskiwanie na nielegalu kwiatów jest surowo karane.

Jako bonus do mało ciekawej farmy orchidei, były też motyle. Niepłochliwe, ale za to było już na tyle późno, że mimo wysokiego ISO złapanie ich stanowiło pewne wyzwanie.

A zamiast biletu wstępu dostawało się kwiat orchidei na agrafce 🙂

Powód #7: atmosfera miasta

Duże, choć niewielkie. Zatłoczone i zakorkowane, ale przewiewne i zielone. Pełne Watów, ale przeplecionych knajpkami, kawiarniami i kulturalnymi rozrywkami (na poziomie, a co!). Stolica backpackersów i hosteli, ale i drogi hotel spa można tu znaleźć. Miasto uniwersyteckie, ale wypełnione po brzegi turystami z każdego zakątka świata. Języki, religie, poglądy, kolory, światło, dźwięk. Chiang Mai to taka naprawdę doskonała zupa jarzynowa – bogata w składniki najlepszej jakości, podana na gorąco pobudza do działania, daje energię, zalewa Cię odcieniami smaków i zapachów. I-de-al-nie.

Powód #8: (w zasadzie chyba najważniejszy) KOTOWATE

Spójrzmy prawdzie w oczy. Nie chodzi o takie tam, zwykłe kotałki uliczne…

Chodzi o miejsce, w którym żyją dzikie koty. Najpiękniejsze z pięknych. Skrajnie zagrożone (przez popyt na części ich ciała, jako ważny element medycyny ludowej). Zabójczo puchate (no wiesz, czasem człowiek musi pokazać tę drugą stronę siebie i użyć słowa puchate :D). Niestety, nie-wolne.

Pojechaliśmy do Tiger Kingdom. Po długiej lekturze artykułów na temat tego, jak tam się traktuje tygrysy, czy się je narkotyzuje (żeby były spokojne), skąd one się tam biorą, i tak dalej. Powiem Ci tak: miejsce jest bezpieczne i dobre dla tygrysów. Na tyle, na ile dobre może być miejsce, które nie jest dżunglą. Więcej o tym przeczytasz na przykład tu (klik) albo tu.

Ja wybrałam wizytę u maluchów. Te które tu widzisz mają 3-4 miesiące. No – spore kociaki, nie? Przed wejściem zmienia się obuwie, myje ręce. Nie wolno smyrać kotów po łbie i przednich łapach. Nie wolno używać flesza. Wchodzi się z przewodnikiem, który opowiada Ci o tygrysiakach i instruuje co możesz, czego nie możesz. Zachęca, robi zdjęcia i modzi, jak tu zaintrygować kocią młodzież do zabawy.

Bo młodzież woli się bawić w swoim towarzystwie raczej, co i tak jest generalnie powodem tego, że z mózgu robi Ci się po prostu galaretka. I już wiesz, że chcesz tu z nimi zostać do końca świata (a tu niestety tylko kwadrans).

Tygrysiaki mają dość szorstką sierść, choć widać że są zadbane. Trochę podgryzają, ale oducza się je tego przez klepanie po nosie – nie bolesne, ale stanowcze. Trafiają tu zazwyczaj koty, które nie radzą sobie dobrze w zoo. Takie, którym potrzebny jest jednak spokój i inne warunki. Tu też rodzą się młode. W niewoli. Ale i trafiają te, które są odrzucane przez matki. Personel to lokalsi, ale i wolontariusze z całego świata. Ja też nim kiedyś zostanę.

D. wybrał odwiedziny u najstarszych tajgerów. Kosztuje to mniej (ale i ryzyko większe :P). Te tutaj wylegujące się to tygrysia młodzież.

Do dużych wchodzi się mniejszymi grupami, jest więcej opiekunów. Cały czas należy zachować dystans, bo koty reagują na najmniejsze szurnięcie… instynktownie. Nie znalazłam informacji o wypadkach, ale nie byłoby o takowy trudno. Dorosłe osobniki nieraz się ze sobą spierają, walczą o wpływy i w takich sytuacjach opiekunowie muszą reagować szybko. I tak też robią.

Oczywiście jest tu też restauracja, sklepik z pamiątkami – cegiełkami na wsparcie (maskotki, pocztówki, czapki, koszulki – wszystko). Tiger Kingdom jest enklawą ciszy (poza mruczeniem i rykami), spokoju, ale też i ogromnego szacunku personelu do tych zwierząt. Turysta jest tu mało ważny (nawet jak słono płaci, do maluchów wstęp kosztuje 640 BHT, czyli ok. 64 zł), ważniejsze jest zwierzę – to naprawdę dobre i zacne podejście, choć na pewno trudne. Tutaj nie ma, że jest jak Ty chcesz, zapomnij. Mam szczerą nadzieję, że tak będzie długo; tak długo, jak takie instytucje będą potrzebne. Jeśli postanowisz wybrać się w takie miejsce – sprawdź je. Poczytaj opinie, pytaj jak zwierzęta są traktowane, jak są „wychowywane”. To bardzo ważne, aby nie wspierać firm, które przez wzgląd na ilość zer na koncie źle traktują koty. Tygrysy. Zwierzęta w ogóle. Nie ma żadnej ceny, jaką można wytłumaczyć cierpienie.

Tagi: , , , , , ,