News

Wyprawa na Pilsko – podróż sentymentalna w Beskidy cz. 3

Wyprawa na Pilsko – podróż sentymentalna w Beskidy cz. 3

Wywiało mnie na południe. W celach służbowych, a więc promocyjno-edukacyjnych. A że nie ma lepszego miejsca, aby wrócić wspomnieniami do Beskidów niż właśnie Węgierska Górka i Hala Boracza – pokonuję przeciwności zasięgu i Internetów, co by pojawił się niniejszy wpis. Przenieś się więc ze mną, w okolicznościach przyrody niezwykle pięknych, ale i zmiennych, do krainy Zieleni i Lodu. W Beskid Żywiecki.

Nim zabiorę Cię na tę długą i wymagającą wyprawę, poznaj warunki w jakich przyszło mi tworzyć.

Hala Boracza
Wybrzeża Soły

To jak, ruszamy?

Wczesnym, majowym i (ku chwale słowiańskich bogów) słonecznym porankiem zapakowaliśmy się w Srebrną Strzałę i obraliśmy kierunek na Korbielów. To stamtąd startują szlaki na Pilsko – drugi co do wysokości szczyt w Beskidzie Żywieckim (po Babiej Górze).
Ponieważ moja skłonność do wydłużania wycieczki o kilka godzin w związku z namiętnym fotografowaniem świata przyrody jest wszem i wobec znana – podjechaliśmy najdalej jak się dało, żeby zaoszczędzić na czasie (a więc pod Ośrodek Narciarski). Naszym oczom objawił się taki oto widok:

W związku z tym, że końcówka kwietnia to start Gry o Tron – skojarzenie z posiwiałym grzbietem było jasne – Wielki Mur. A jak Mur, to i Biali Wędrowcy…ten wątek jednak zostawmy.
Pierwsza myśl była taka – łooooo. Druga – to już chyba po słowackiej stronie, kurczę, ale daleko musi być ta góra. Trzecia myśl – hejże, a właściwie czemu to jest takie białawe?
Pan Mąż zasugerował, że jestem gamoniem i to na pewno jakiś gatunek drzewa, którego nie znam albo na ten moment nie kojarzę. Teorię tę podtrzymywał mimo gromiącego wzroku. Pomyśleliśmy – no cóż, raczej tam nie dobrniemy, więc nie ma co się przejmować.
Los bywa jednak niezwykle zabawny i przewrotny…

Podejście do zielonego szlaku, od strony Korbielowa to po prostu breja. Smutna, szarobrązowa breja, która zapewne w sezonie zimowym zamienia się w błyszczący bielą stok. Niestety wiosną, latem i jesienią spływające strugi wody niemiłosiernie ciągną za sobą skalny rumosz, a kto wie – może i błotne lawiny. Zadziwia nas, jak w miejscu, którego wizytówką są krajobrazy, mogło dojść do takiej dewastacji.
Oczywiście rozwiązanie jest bardzo proste: teren prywatny. A wystarczyłoby o trawę zadbać…

Wspinaczka po czymś takim, to istne dno. Wzrok wlepiony w smutną ziemię, a wokół krajobraz jak po bitwie pod Grunwaldem. Całe szczęście, po stromym podejściu wychodzi się na zieloną polanę i bacówkę (niestety nieczynną). Człowiekowi rośnie morale i po klapnięciu tyłkiem na pachnącej trawie ma chęć zatrzymać w pamięci każdy centymetr pochłaniającego go horyzontu.

W tle za nami wciąż majaczy posypana cukrem pudrem góra. Jestem prawie pewna, że moja teoria pt. „śnieg!” jest jednak bardziej prawdopodobna niż „nie znasz tego drzewa”.

Z każdym krokiem w górę, na sercu robi się cieplej, w nogach czuć wszystkie mięśnie i ścięgna. Plecy przykryte dużym plecakiem zaczynają się robić wilgotne. Zieleń wdziera się w duszę po prostu wszędzie. I straszny spokój jest. Nikogo na szlaku.

Lubię wędrować w ciszy. Nie dlatego, że liczę na orlika grubodziobego, który przetnie swoim bohaterskim lotem trajektorię mojego marszu (no, może jednak trochę). Raczej po to, aby wreszcie usłyszeć swoje myśli. Serio – bez zbędnego patetycznego skomlenia. W górach jakoś lepiej słychać to, co w głowie siedzi.

Przy okazji opowiadam D. jak się nie zgubić. I po co są te słupki. Że oznaczają numery oddziałów leśnych. I jak się człowiek zamota, bo wzrok bezczelnie pominie wskazówkę o zmianie kierunku szlaku, to podając te numery, można się odnaleźć.

Mijamy takie konstrukcje. Słyszałam o nich, ale widzę po raz pierwszy. Otworzyć je może jedynie zwierzę, które posługuje się przeciwstawnym do reszty palców kciukiem. Ma to zapobiegać wybieraniu resztek przez duże drapieżniki. Dzięki temu będą trzymały się od szlaku z daleka (bo nie będzie darmowej stołówki), więc i turyści będą bezpieczni. Gdyby ktoś mnie zapytał (a zapytał Pan Dziennikarz z Wyborczej, artykuł był potem zacny), to tak – uważam, że jak na warunki leśne te kosze są estetyczne. Ale w zasadzie bardziej chodzi o to, żeby były skuteczne.

Im wyżej tym ciekawiej. Tu ciemny bór jodłowy, tu buk zwiesza oblane zielenią gałęzie. Jagodziska zaczynają skrzyć się drobnymi listkami, choć tuż obok rude krzewinki przypominają o zimie, która w górach zawsze dłużej trzyma. Ze ściółki wyłaniają się piękności:

podrzeń żebrowiec – chroniona, dość rzadka, górska paproć,

urdzik karpacki – endemit (czyli gatunek występujący na wąskim obszarze) ze skromnie zwieszonymi fioletowymi kwiatami,

młaki – czyli górskie, podmokłe łączki powstaje w miejscu wysięku wód gruntowych (czyli takie mikro źródliska) i moja ukochana

knieć błotna dotknięta złotym, słonecznym kolorem. Las liściasty pokornie ustąpił miejsca drzewom iglastym bardziej odpornym na trudne warunki. A te świerki z kolei skąpał lód. Zagadka z dołu się wyjaśniła (na moją korzyść, ha!). A do tego góra, którą widzieliśmy jako odległą – znacząco stała się bliższa. Hm…

Coś koło południa ukazała się naszym oczom Hala Miziowa, na której przysiadło schronisko PTTK. Elegancko, odważnie zapuściło korzenie na szlaku, który przewiewa wiatrem do szpiku kości. Zmarznięci weszliśmy do środka. Twarze płonęły nam od chłodu i wiatru. Ręce ledwo złapały łyżki pełne ciepłej zupy czosnkowej.

Postanowiliśmy ruszyć niezwłocznie w górę, bo Pilsko nieznośnie majaczyło nam przed oczami podśmiewając się pod chmurami z naszego zmarznięcia. Cóż – byliśmy na to gotowi, sesese. Po drodze minęliśmy pierwiosnki. Dumnie sterczały z pożółkłych, zeszłorocznych traw. Zostawiliśmy za sobą takie widoki

Wyżej nas oświeciło. Wczoraj zacinał ostro deszcz. Jak widać tutaj było tak zimno, że krople od razu zamarzały. Słońce, które dopiero teraz nieśmiało zajrzało na tę stronę stoku, powoli odmrażało obciążone lodem gałęzie. Widok – bezcenny. Czas wejścia z Hali na Pilsko (podany na drogowskazie): 1h. Nasz czas, z fotografowaniem po drodze: 2h.

Feeria barw, zielone plamy pląsające wśród borówczysk pamiętających jeszcze ostatnią jesień skradły nam serca.

Tyczki wyznaczają szlak wśród labiryntu kosodrzewiny. Tak – jest to potrzebne. Ścieżek (pewnie na szybki sik) w bok jest multum, a odnaleźć się w tym labiryncie wcale nie tak łatwo.

Dotarłszy na polski szczyt Pilska pomyśleliśmy „mało!” i ruszyliśmy żwawo na słowacką stronę. Podejście w zasadzie żadne, 20 minut w jedną stronę. Ale przemierza się morze kosówki niczym Mickiewicz przemierzał morze przestrzeni stepów. Gdzieniegdzie przemkną spłoszone ptaki, coś przetupta szybko przez ścieżkę. Brnęliśmy przez błoto i bokami omijaliśmy co większe kałuże.

Oczywiście skrótów nie podejmowaliśmy.

Aż w końcu wyszliśmy na szczyt słowacki. Dwa krzyże – człowiek od razu się czuje bezpieczniej. Słońce grzało niemiłosiernie, a wiatr telepał nami w każdą stronę. Aż…

…po chwili wpatrzenia w horyzont i przetarcia oczu razy kilka…upewniwszy się, że to nie fatamorgana…zakrzyknęliśmy z zachwytu. Ośnieżone Tatry. Borze świerkowy! Jak pięknie!

Wróciliśmy na polską stronę. Do zejścia wybraliśmy żółty szlak (wchodziliśmy czarnym). Znów w towarzystwie tyczek.

Po drodze była Mogiła Żołnierza, którą powitaliśmy honorowym skinięciem głowy.

A tu, w tle z oznakowaniem, Babia Góra.

Im niżej, tym szlak się robi mniej przyjemny. Wąsko, ślisko i błotnisto. Przyroda walczy z resztkami pozostawionymi przez człowieka na wszelkie sposoby.

W schronisku, podstemplowaliśmy książeczki i dziarsko ruszyliśmy w dół. Zrobiła się późna pora, a dziś postanowiliśmy jeszcze zajechać w dwa miejsca. Słońce oblało krajobraz i nas spokojnym, popołudniowym majestatem ciepłych promieni.

Krótka przerwa na nasycenie się widokami i dalej w dół po ślizgawce błotnej. Po roztopach popołudniowych, prawie zostawiłam buta w błocie. Do samochodu wsiedliśmy tak uwaleni, jak nigdy. I zmęczeni, jak już dawno nie byliśmy. I (ale to się okazało później) całkiem nieźle zjarani słońcem. Zwłaszcza ja – zwłaszcza powieki (przyszłoby Wam do głowy smarować kremem powieki?!).

Ogarnęło nas przyjemne uczucie zmęczenia. I głód. W karczmie przewertowaliśmy zdjęcia i panoramy uchwycone dzięki HTC. Czasem się zastanawiam, po co dźwigam ze sobą tę ciężką krowę, skoro telefon jest w stanie zrobić takie cuda.
Ale jednak lustrzanka to wciąż magia. Skrada duszę krajobrazom i gatunkom, bym potem mogła z drżeniem serca przywoływać je na ekranie. Dla Ciebie.

Tagi: , , , , , , ,