News

Kto pokocha zamek Czocha?

Kto pokocha zamek Czocha?

Warownia łużycka zbudowana na polecenie czeskiego władcy w XIII wieku. W zasadzie w tym jednym zdaniu kryje się całe ocalałe bogactwo tego miejsca. Jeśli przyjeżdżasz tu po coś innego – nie masz czego szukać.
Jako że buszowałyśmy akurat po Górnych Łużycach (patrz TU), nie mogłyśmy darować sobie zamku Czocha. Osławiony w każdym przewodniku, na każdej lokalnej stronie turystycznej. Nie schodzi z ust miejscowych i turystów. I, cóż, ma swoje miejsce wśród zamków nawiedzonych, a to kręci mnie (a od niedawna także i U.) bardzo. Powodów wystarczająco dużo, żeby nadłożyć te 50 km i zajrzeć.

Przez te wszystkie książki, opisy i przewodniki, a także dzięki dziecięcym wspomnieniom z Zielonej Szkoły, miejsce to urosło w mojej wyobraźni do absolutnego zamkowego raju. Jakież było moje zdziwienie, gdy od strony drogi powitała nas wysoka, drewniana brama, drogowskaz na (oczywiście płatny) parking i pustka. Żadnych kramików. Żadnych bud z żarciem. Byłyśmy tak cholernie głodne, a tu żadnego spożywczego czy monopolowego dla lokalsów! U. mnie prawie zabiła. Kabanosy na pociechę nie dały rady. Nie tym razem.

Zaparkowałyśmy na dziko pod walącym się zamkowym płotem.
Idziemy do kasy.
W kasie kolejka. Do kibla przy kasie kolejka. Pani kasjerka, obciążona klątwą flegmatyczności, dodaje 15 i 25 zł na kalkulatorze. Mijają cenne minuty, U. przebiera nogami za toaletą, ja też. A wejście na zwiedzanie za 8 minut. Przez moment mamy pomysł, żeby iść na zamek, może tam się uda. Ale…co, jeśli nie? Rozterki na poziomie dylematu więźnia w teorii gier. Nagle, przede mną, w kolejkę wpycha się pan-co-to-mu-niby-miejsce-ktoś-zajął. Noszkuźwa.

Lecimy z tego przybytku zbolałego pęcherza na zamek. Po drodze kwaśno konstatujemy bezmyślność obsługi, która z 3 kabin WC otworzyła tylko jedną. Dzierżymy bilety, ja cudem strzelam powyższą fotkę (bo nie wiadomo co potem ze światłem) i ruszamy dziarsko za panią przewodnik, która strojem do złudzenia przypomina kelnerkę.

W zamku ruch, jak w ulu. Po pierwszych pięciu zdaniach nie jestem w stanie wytrzymać sposobu opowiadania o tym miejscu. Gorzej niż najgorsza recytacja wiersza przez kujońsko wyuczonego 12-latka. Poza tym – niespodzianka. W tym zamku nie ma już nic starego. Nic z epoki. Dziękujemy Ci PRL.

Jestem pod wrażeniem biblioteki (jak się okaże – to jedyne wrażenie typu „wow” do końca wycieczki). Chcę taką w domu. Ale jak się tak przyjrzeć dokładnie, tym przewalonym książkom, niepoukładanym, porzuconym… aż mnie korciło, żeby zacząć to układać. Jak tak można, ja się pytam?! I podczas gdy wymieniamy z U. ukradkowe spojrzenia pod tytułem „hej, na lekcjach geografii z Rogalską było ciekawiej”, pada zdanie, które mnie wbija w podłogę:

Wszystkie te książki to (w dopowiedzeniu: niechciany) spadek po bibliotece wojskowej. Więc większość to propagandowe dziwactwa, przestarzałe szmiry i militarna makulatura.
Co nie zmienia faktu, że i tak mi ich szkoda. Porozwalane tak na tych półkach, dokonują żywota.

Otwiera się tajemne przejście i idziemy do piwnicojadalni. Recytatorka opowiada o zdradzie służącej i zaplanowanej kradzieży dóbr. Historia staje się tłem dla szemrzących między sobą nastolatków. Nie są z naszej wycieczki. I kolejna niespodzianka. Trzeba Ci widzieć, że zamek to dziś głównie hotel. Obecnie trwają w nim kolonie czarodziejów. Nawet jakaś zwiedzająca pyta, czy może zerwać kartkę z napisem rodem z Harry’ego Pottera dla wnuczki. Co. My. Tu. Robimy.

Droga wiedzie przez pokoje i gabinety, aż do sypialni z całkiem niezłym wyrkiem. Piękne to wszystko i zacne, ale jesteśmy kolejną wycieczką, która przeszkadza parze młodej w sesji w tejże sypialni (nie pytaj…). Przeciskamy się do garderoby z lustrami wszędzie wokół i wśród pomruków mieszających się z „och!” wychodzimy pospiesznie.

Możemy wejść na wieżę. U. jest mądra i zostaje na dole. A ja wlokę się po schodach na ciasną górę. Schody takie, że mam duszę na ramieniu. Ludzie, jak to turyści, pchają się bezmyślnie. Czekam aż ktoś zleci…na górze szyby na wieży są tak brudne, że mało co widać. Większość się nie otwiera, więc nawet nie ma cyknąć migawką. Spełzam w dół.

U. idzie opędzlować rosół w lokalnej restauracji (jednak!). Ceny nie takie złe, ale jak dostała porcję swojego rosołu, to aż śmiechłam. Nie zdziwiłabym się, gdyby rosół był kostką bądź instantem. Ogólny PRL-owski klimat smrodnych, zapyziałych miejsc opanowuje ludzi, którzy tu zostają na dłużej, więc postanawiam ruszyć na poszukiwanie legendarnej studni.

Niestety to nie takie proste, bo drogowskazów na zamku brak. Przystosowań dla niepełnosprawnych jakby też. Łażę, szukam, węszę, wchodzę w zakamarki. Aż w końcu, również zwiedzona głodem, wspinam się po schodach w kierunku jakiejś kawiarni. I…jest, oto ona!

Ze studnią związana jest legenda. Jeśli zdradzasz, a się w niej przejrzysz czeka Cię zło, mrok i korozja. Tak w skrócie.

A tu, proszę, ślepy zaułek poszukiwań studni. U. zdążyła już zjeść, ale widać że nie za szczęśliwa jest, bo wciąż głodna. Gromko oznajmiamy temu miejscu, że mamy je tam, gdzie się ma takie miejsca i wychodzimy.

Kto pokocha zamek Czocha? Raczej nie ja.
Jak na taką atrakcję w regionie – żenada. Żale wkładamy do bagażnika i jedziemy na porządne jedzenie, nic nas teraz nie powstrzyma!

PS. Jest jeszcze jedna atrakcja extra płatna. Multimedialna sala tortur. Multimedialna. Tak właśnie.

Tagi: , , , ,