News

White Temple i Chiang Rai – kunszt czy kicz?

White Temple i Chiang Rai – kunszt czy kicz?

Wirtuozeria zawijasów i współczesnego symbolizmu. Kunszt gry światłem w oczach odbiorców. Kicz zdobnictwa? A może mistrzostwo Wielkiego Umysłu? To co wyróżnia tę świątynię wśród współczesnych kolosów stawianych ku czci różnych bogów, to zamysł, celowość i niezwykła konsekwencja.
Nasza wyprawa na północ zakotwiczyła w Chaing Rai. Niewielkim, prowincjonalnym miasteczku na północ od Chiang Mai. Wśród gór i pagórków rozsypanych wokół niczym piegi na muskanej przez słońce twarzy. Chiang Rai posłużyło jako baza wypadowa. Niezwykły spokój, cisza, śliczne, choć skromne noclegowisko i wszechobecny, przenikający chłód sprawiły, że w naszych sercach rozpaliła się miłość do tego regionu.

Wat Rong Khun czyli White Temple to dzieło, którego budowę rozpoczął znany tutejszy artysta Chalermchai Kositpipat, w 1997 roku. Wraz z wolontariuszami stworzył projekt, na który przeznaczał każdy zarobek z tworzonych przez siebie prac. A trzeba mu przyznać – zdolny z niego gość, choć trochę pokręcony (w galerii można było na przykład oddać się rozważaniom nad fallusem w centrum wszechświata, który przebrzmiewał z obrazu).

Jedna z prac artysty. Źródło: google.com

Świątynia jest oczywiście buddyjska, ale nie typowo, o czym za moment.
Wszystko jest naprawdę bardzo przemyślane i konsekwentnie budowane i zdobione w obranym przez artystę kierunku. Symbolika wyziera z każdego centymetra tego miejsca. Jest dużo niespodzianek, dla wnikliwych obserwatorów jest wiele intrygujących szczegółów (jak np. predator na środku trawnika). Wstęp jest bezpłatny, panuje błoga atmosfera skupienia na pracy, a nie na próbie zarobkowania na turystach. Bardzo mi to zaimponowało, bo skądś pieniądze trzeba na takiego kolosa czerpać. A tu na do widzenia nawet można było dostać pamiątkowy „dyplom”, taki co to kiedyś w schroniskach w Tatrach na Polanie Chochołowskiej za 4,5 zł turysta mógł zanabyć, żeby poświadczyć swój ogromny wysiłek w wędrówce.
Wszystko bardzo profesjonalnie – informacja, tablice, drogowskazy, galeria artysty (gdzie można kupić prace i reprodukcje), najpiękniejszy na świecie (jak mniemam) kibel, ławeczki, drzewa, święty spokój od przekupek i stoisk z tandetnymi pamiątkami. A więc Panie i Panowie – jednak się da!

Detale są obecne nawet w słupkach drogowych.
Główny budynek świątyni i most strzeżony przez demony-strażników. Ego trzeba zostawić przed pomostem.
A pod mostem tysiące rąk – symbol koła śmierci i odradzania się. W misach buddyści mogą zostawiać ofiary. A geekowie szukać wśród rąk wszelkich ciekawych wyróżników.
Na przykład kolorowych…
albo rebelianckich…
…albo nie z tego świata.

Ci goście mają pomóc Ci w walce z pychą, obłudą, próżnością, zazdrością i co tam mrocznego jeszcze skrywasz w swej uroczej duszy bez względu na wyznanie.
Tajemnica błysku i blichtru świątyni tkwi w mikro lustereczkach, które misternie wplecione są w każdym zdobny element świątyni. W pełnym słońcu wygląda to naprawdę klawo.
Kinnara – pół lew, pół kobieta, z kwiatami lotosu w dłoniach.

Szczurokot?

Serduszka wotywne (przy wpłacie na rzecz świątyni w wysokości około 30 BHT). Można było wykuć sobie swoje dziękczynne serducho, które zawisło później jako jedno z wielu w serduszkowym daszku nad wyjściem.

I rzeczony najładniejszy bodajże w świecie (chyba że znasz ładniejszy, chętnie dowiem się gdzie go można znaleźć :)) kibel.

W środku świątyni nie można robić zdjęć, a…cóż. To kolejny szalony pomysł. Ściany pokryte są malowidłami pełnymi współczesnych odniesień. Mniej wrażliwi duchowo mogą potraktować to jako „znajdź 10 szczegółów” tudzież „znajdź ulubioną postać”.

Źródło. Mój faworyt: fragment z Avatarem 😀 były też Minionki, BenTen Transformersy i naprawdę wiele innych.
Źródło.
Źródło.
Źródło.

5 maja 2014 roku świątynia uległa zniszczeniom w wyniku potężnego trzęsienia Ziemi w tym regionie, o czym można przeczytać na przykład tu.

Twórczość Pana Kositpipat’a można też przyuważyć w samym Chiang Rai. Miasteczko jest tak niewielkie, że nie jest to specjalnie trudne – wystarczy odszukać wieżę zegarową. W zasadzie prócz dwóch ważnych świątyń, szpitala i targu nocnego nie ma tu czego szukać. Jednak ta atmosfera prowincjonalności, niewyszukanej dobroci dla człowieka (a nie dla jego portfela) jest ujmująca. Czas płynie tu spokojniej, a szafranowe szaty częściej zatrzymują się, żeby zagadać, czy z zainteresowaniem przyjrzeć się białasom na targu, którzy z niepewnością smakują nowych smaków. Bajka, ot co.

Wat Phra Singha, jedna z najstarszych lannejskich świątyń.
Charakterystyczne dla stylu lannejskiego elementy świątyń.
I Wat Phra Keo, w której „narodził się” Szmaragdowy Budda – dziś najbardziej czczona postać Buddy (obecnie w świątyni w Bangkoku)…
…a narodził się w tej oto czedi, w którą z impetem uderzył piorun ukazując ludzkości Szmaragdowego B. (dla jasności – szmaragdowy to raczej określenie koloru, bo Budda jest z jadeitu).
Prawie jak w domu.
Taka malutka mieścina, a tu proszę…meczet. Niestety, z racji tego, że byliśmy wyjątkowo niewierni (co odzwierciedlały nasze stroje i rozchachane miny), nie wpuszczono nas.
Tagi: , , , , , , , ,