News

lekcja życia w świętokrzyskim

lekcja życia w świętokrzyskim

Rzadko się zapuszczam na południe w Małopolskę, czy w region świętokrzyski. Po prostu mnie tam nie ciągnie (może to mieć związek z tym, że nie ma tam zbyt wielu pałaców. Zrujnowanych oczywiście). Ale. Teraz. Nadarzyła się okazja. Albowiem daleki świat zawezwał Kasię, by opowiedziała mu o sowach.
Nie było mnie raptem dwa dni i były to intensywne godziny, więc nie można powiedzieć, że coś zwiedziłyśmy czy zobaczyłyśmy. Bo wcześnie robi się ciemno. Bo zmęczone. Ale podróże kształcą na milion sposobów i moje myśli powędrują w tej notce na początku w innym kierunku (oczywiście możesz pominąć poniższy akapit i przejść od razu do aspektu podróżniczego, nie obrażę się).

Świat i blogosfera nie potrzebują kolejnych krytycznych notek na temat sytuacji polskiego szkolnictwa. Wiem. Dlatego o tym nie napiszę, choć po 5 godzinach lekcyjnych (i, żeby było jasne, setkach godzin lekcyjnych w dotychczasowym doświadczeniu) głowa aż mi kipiała od różnych niepokornych i niesfornych pytań i trochę też od obserwacji.
Napiszę raczej o tym, co wydało mi się ważne w przygotowaniu tych sowich warsztatów i nad czym myślałam przed wyjazdem. I co w jakiś sposób zweryfikowało życie – czyli owe 5 lekcji:

  • zmienianie reguł gry w klasie, na czas 1 godziny lekcyjnej, tylko po to, żeby zyskać w oczach uczniów 10 punktów do lansu to jest mocno słaby pomysł. Więc niech nie mówią do Ciebie po imieniu, niech łaskawie zamkną swe rozgadane paszcze i zamienią się w słuch. Bo to Ty rządzisz przez te 45 minut, Ty wyznaczasz kierunek, jesteś kapitanem. Kiedyś miałam taką myśl, że skoro idę do nich na jedną lekcję, to będzie dobrze, jak nie będę robić spiny. Ale uczniowie są do niej (in general) przyzwyczajeni. Więc nagła zmiana reguł wprowadza zamieszanie, niezrozumienie i zazwyczaj przeciwny, do zamierzanego, odbiór. W szkole rządzą konwenanse, a więc:
  • nie zmienię ich w 45 minut. Czy nawet w 5 razy po 45 minut. Ich – konwenansów. Ich – czyli uczniów, bo:
  • generalnie szkoła nie wychowuje i chyba wszyscy przeszli nad tym smutnym faktem do porządku dziennego. Nikt już tego nie oczekuje po szkole (więc miło jak tak się dzieje, ale raczej bez parcia na ten aspekt), bo po prostu nie ma warunków. Jest program. Goni czas. Gonią egzaminy, testy i klucze odpowiedzi. Moja jednorazowa obecność wychowawczo jest niczym. Może stać się dla kogoś iskrą czy impulsem. Ale to tylko przy założeniu, że trafi na podatny grunt, czyli na ucznia, który chce, a takich:
  • jest nie tak znowu wiele. I są często tłamszeni przez tych popularnych, co to nic za bardzo nie chcą robić. Nie zmienię tego. Jeśli zauważę tę iskrę chęci w czyichś oczach i spróbuję rozpalić ognisko, to prawdopodobnie ta chętna osoba spłonie. Ze wstydu. Bo za nic w świecie nie chciałaby się wyróżnić. Zwłaszcza pozytywnie. Bo kujon, pupilek i możliwe że ciota. A co za tym idzie:
  • większość uczniów nie umie samodzielnie myśleć. Z jednej strony trochę się boją. Z drugiej – wtłoczeni w słowa – klucze, testy z matmy i wróżenie z fusów na fizyce po prostu nie mają wyrobionego nawyku zadawania pytań, logicznego myślenia, nie szukają powiązań. I, uwaga, nie dotyczy to dzieci mniej więcej do 5-6 klasy. Maluchy z podstawówki mają tak nieskrępowane socjologią klasy i tłumu myślenie, że może nie wpadną na rzeczy i rozwiązania trudne, ale za to wykminią drogę do celu, jeśli nauczyciel pokaże jak odczytać drogowskazy (ale nie pokaże drogi). Ale to oznacza:
  • że nauczyciel musi przyzwolić na samodzielną wędrówkę. Na pytania, poszukiwania, popełnianie błędów, na płacz przy porażce i +100 do ego, gdy nadejdzie sukces. Musi odpowiedzialnie powiedzieć, że czegoś nie wie, ale się dowie i rzeczywiście to też musi zrobić. I to jest to, co ja mogę zrobić nawet jak przyjdę tylko na 45 minut:
  • być kulturalną, ciekawą ich świata i punktu widzenia, miłą, ale stanowczą, pewną siebie, ale uczciwie przyznać że czego nie wiem (jeszcze), ale też:
  • mam prawo zażądać ciszy i zastopować zajęcia, gdy poziom hałasu na sali przekracza wszelkie normy.

Tak w zasadzie, to najważniejsze, co mnie oświeciło, to fakt, że w 45 minut naprawdę nie zmienię świata. Szkoły. Oświaty. Klasy. Nie dam nauczycielowi pomysłów na wszystkie lekcje do końca semestru ani nie przekażę mu miliona dżuli dobrej energii. Dlatego też ze wszech sił cieszę się, że mogę pracować w miejscu, które pozwala mi zmieniać pewne rzeczy systemowo. Ave!

Uwaga, ASPEKT PODRÓŻNICZY, mode: ON

O matulu, jak ja nie znoszę trasy krakowskiej! Raszyn, Janki i ten cały syf po drodze, błeh! I żadnego dobrego jedzenia aż do Radomia. No i właśnie – Radom. Brrr.

Na pewno mogę Ci powiedzieć, że ten przedziwny twór:

czyli Grzybowa Chata, to przybytek Sodomy i Gomorii i ani mi się waż tam zajeżdżać! Dam sobie rękę obciąć, że to, co M. dostała to były ziemniaki zabarwione na kolorowo, które udawały buraki. To było niejadalne. Poza tym mało. A zupa pomidorowa powinna być raczej zupą solną. Albo zupą maggie, czy typu inny kucharek. A teraz spójrz jeszcze raz na budynek. Boli prawda? Mnie jakoś tak za mostkiem, trochę po lewej.

Natomiast potem było już tylko lepiej, może dlatego, że niebawem zrobiło się ciemno. Więc wszystkie szkarady okolic Kielc schowały się w mroku szarej, listopadowej godziny. Ufff. Wzrok i serce ocalone!

M. wynalazła do spania Dwór w Odonowie. O historii można przeczytać na stronie Dworu, czyli TU. Ponieważ cenimy i szanujemy takie miejsca, postanowiłyśmy że damy zarobić komuś, kto o to dba, rozwija i się opiekuje.
To była najlepsza decyzja ever.
Niech Was nie wiodą na pokuszenie okoliczne hotele *** (których brak). Niech bliskość Krakowa czy Tarnowa nie przesłoni Wam piękna tych okolic (zwłaszcza nocą). I niech moc będzie z Wami – zwłaszcza moc tego miejsca.

Gospodarz nas wyczekiwał, co było naprawdę miłe. Po wejściu, zaskoczyła nas domowa atmosfera, ciepło i sporo zachowanego majątku – mebli, zegarów. I biblioteka na górze. Skatalogowana i podpisana. Do wykorzystania (tylko kiedy?). Niektóre pozycje z początku XX wieku.
(moment na brawa, oklaski i okrzyki)

Zdjęć jest tak dużo, ponieważ kocham się w pomieszczeniach z książkami.
Natomiast są tak słabej jakości, bo telefon zdecydował, że tak.

Dwór o poranku wyglądał bardzo zacnie. I objawił nam się też ogromny park wokół. No, ale trzeba było pędzić na zajęcia, a potem pędzić do Warszawy.

W drodze powrotnej (i tu niniejszym informuję i oświadczam, że poniższe zdjęcia są autorstwa Googlewozu, czyli z Google Street View) przejeżdżałyśmy przez dwie naprawdę ciekawe miejscowości.

Skalbmierz z przepięknym założeniem klasztornym, o którym można przeczytać TU. Pochodzi z XII/XIII wieku, co czyni go w moich oczach niezwykle atrakcyjnym. Ale byłyśmy głodne, więc jakby nie bardzo była atmosfera do zwiedzania w środku, bo Polak głodny, to Polak zły.

Dalej, w kierunku na Kielce, mijamy urocze Działoszyce. Urocze, bo rozkopane, zabłocone, pokryte kurzem, marazmem i ohydną breją padającą z nieba. Biedne takie małe miasteczka w stanie rozkładu. Biedni mieszkańcy, co to im pod oknami młoty pneumatyczne walą do późnych godzin popołudniowych. Wszystko w imię zmian i Unii Europejskiej.
Ale, do rzeczy. Działoszyce nazywane są miastem dwóch świątyń i jest to prawie prawda.
Prawie, ponieważ ruina moim zdaniem nie uchodzi za świątynię. I to nie dlatego, że stan ruiny ją sprowadza do parteru postrzegania jako budynku, ale dlatego, że do takiego stanu doprowadził ją człowiek.

Synagoga w XX wieku. Źródło: http://www.sztetl.org.pl

Działoszyce w czasie wojny zmniejszyły swą liczebność o połowę z tytułu Holokaustu. I to pozostawię bez komentarza, bo takie były czasy, trudno z tym dyskutować. Jednak po wojnie urządzono tam dom dziecka i skład materiałów opałowych. Czyli standard, jeśli chodzi o wiele pałaców na Dolnym Śląsku chociażby. Ale pałac to pałac, a to jednak…synagoga. Przez tyle lat (25 lat wolności, hurra, okrzyki, wiwaty!) nikt nie kiwnął palcem w kierunku synagogi. Jednej z niewielu w Polsce, którą zbudowano w stylu klasycystycznym. I uznawanej za jedną z najpiękniejszych w kraju.
(miejsce na ból, jęk i zgrzytanie zębów)

XXI wiek przyniósł zajezdnię busów, parking i dwa sracze.
Bardzo elegancko, jak na cywilizowany kraj.

Centrum Działoszyc i dumnie szpecący krajobraz Dom Handlowy.

Oraz kościół, który ma się nie najgorzej. Aczkolwiek ta kopuła po prawej w niebezpieczny sposób nawiązywała do wczorajszej Grzybowej Chaty…

Świętokrzyskie, niby już trochę tu po Tobie jeździłam (w sensie fizycznym, nie językowym :)). Ale widzę, że jeszcze sporo możemy się o sobie dowiedzieć! Do zobaczenia!

Tagi: , , , , , , , , , , ,
  • msz

    Ad pierwsza połowa postu – nie mogę się zgodzić. To znaczy nie to, że nie zauważyłam takiej tendencji o której piszesz, ale mój pierdyliard przeprowadzonych lekcji mówi, że jest też druga strona medalu. Że są gimnazjaliści, którzy z ciekawości świata i chęci zadawania pytań, chcą wiedzieć czy prezerwatywy dla zwierząt rozwiązałyby problem inbredu i czy krowy mają okres. I że niezależnie od wieku, jeszcze są w stanie myśleć logicznie, aczkolwiek zauważam, że zawsze jak ich do tego zmuszam są lekko zaskoczeni i nasze zajęcia ruszają ich wyraźnie zmurszałe mechanizmy w głowach, bo wyraźnie tak jak piszesz szkoła tego zupełnie nie ćwiczy.Gdybym miała określić w ilu przypadkach klasa jest chętna i widzi się nadzieję, powiedziałabym 50/50. Nie jest to imponujący wynik, ale myślę, że nie jest jeszcze tak źle jak napisałaś. Tę 30 osobową klasę 15 latków którzy wszystkich i wszystko mieli w dupie jakby podzielić na 2 też byłoby inaczej, ale cóż, strategia władz oświatowych działających "dla dobra ucznia" to osobny temat rzeka.

    Ad temat 2 – z jednej strony aż dziw, że przy tak niewielkiej ilości zachowanych synagog nie znaleźli się jacyś bogaci amerykańscy Żydzi którzy by się nią zaopiekowali. Z drugiej – niedaleko jest Nowy Korczyn: http://swietokrzyskisztetl.pl/data/mp/_admin800x600/263/nowykorczyn.jpg

    Ps. zgubiłaś w tagach jeden gatunek 😛

  • Zawsze jest druga strona medalu, więc dobrze się nie zgadzać, jest o czym dyskutować. Oczywiście, że są tacy gimnazjaliści. Niektórzy z nich podchodzili, pytali i dzielili się spostrzeżeniami – nie przeczę, wręcz potwierdzam. Ale mi chodzi o ogólny trend, o jednak przeważającą większość, bo te pojedyncze osoby są wyjątkami, skrajnymi z krzywej Gaussa. To jest w dużej mierze kwestia systemu (testy i nastawienie na nie oraz na klucze) oraz osobniczej specjalności nauczyciela. Ja uważam, że ta proporcja, o której piszesz jest raczej 3:7 albo nawet 2:8, biorąc pod uwagę wiele lekcji w środowisku wielkomiejskim.
    A strategia i co za tym idzie finanse, to po prostu Amazonka wśród tematów 🙂

    Też mnie dziwi, że mimo całkiem niezłego stanu i jednak widocznych działań Polonii (np. w szkole w Zaborowie) tutaj nic się nie zadziało. A nawet nie Polonii, tylko po prostu Żydów z innego zakątka świata. A widok Nowego Korczyna wzbudził we mnie coś między złością, a strasznym smutkiem.

    Ps. Specjalnie. Mój najmniej ulubiony 😛