News

Północ Laosu – czy warto?

Północ Laosu – czy warto?

Zastanawiasz się, gdzie położony jest Laos i czy północ tego kraju odznacza się czymś wyjątkowym, że o niej wspominam?
Tak, odznacza się, ale zanim o tym – rzuć okiem na mapę. 

Północny zachód (bo o nim będzie mowa), styka się z Tajlandią, Chinami i Birmą. Dwa pierwsze z nich mają się nienajgorzej, jeśli chodzi o rozwój cywilizacyjny. Na północy Laosu zaś – czas jakby się zatrzymał.

Po przekroczeniu granicy tajsko-laotańskiej na Mekongu i otrzymaniu stempli w paszportach, ruszamy do Luang Namtha. Drogi – ku memu zdziwieniu mają się całkiem nieźle. Mimo zmęczenia nie jestem w stanie zasnąć, bo to co dzieje się za oknem przechodzi ludzkie pojęcie.

Góry. Morze gór. Porośnięte łanami tropikalnego lasu. Ani śladu miast w oddali, tylko niezmierzony dywan zieleni graniczący z błękitnym niebem. Od czasu do czasu przy drodze zdarzy się niewielka wioska, ale to nic zobowiązującego.

Wielu turystów jeździ w te rejony w poszukiwaniu  możliwości spotkania z plemionami. Laos w zasadzie składał się z plemion, tak jak Polska z mikroregionów (spośród których część do dziś zachowała mocną identyfikację ze swoimi strojami, tradycjami i legendami, ot choćby Kaszuby). Gdy zewsząd nadciąga „nowe”, plemiona i ich kultura są wystawione na wiele pokus i może się okazać, że coś, co przyciąga turystów jest raczej przekleństwem.

Moja etno-część serca bardzo cieszyła się na myśl o tej części wyprawy.
Przed wyjazdem szukaliśmy w przewodnikach informacji na temat bogactwa kultur tego regionu. Jednak informacje owe są bardzo lakoniczne (dziś, z perspektywy czasu, określiłabym je raczej jako gówniane – mówiąc wprost). Na szczęście, nie nastawialiśmy się na nic.
Dlatego też i ja na nic nie będę Cię nastawiać.
Po prostu pokażę Ci, z czego cieszyłam się penetrując północ.

To nie przypadek, że wszyscy mają długi rękaw

1. Jest chłodno.
I przez „chłodno” mam na myśli naprawdę chłodno. Jeśli wyjdziesz bez polaru wieczorem, to za długo nie pochodzisz. Powietrze jest rześkie, rankiem orzeźwiające. Wieczorny kubek gorącej herbaty jest jak najbardziej pożądany.

2. Zjesz iście wykwintny posiłek…
…w środku dżungli. Na najlepszym obrusie (liść bananowca), świeżo (mięsko ubite rano) przyrządzane na ognisku i zaskakująco pysznie (czerwony sos rozbestwił moje kubki smakowe). Po długiej wspinaczce pod górę i pocie na każdym milimetrze Twojego ciała, poczujesz jakby to była królewska uczta. I, w sumie, taka była.

3. Obcowanie z przyrodą.
Skoro już o dżungli mowa, to na północy jest (wedle mapy) kilka Parków Narodowych, a także sporo możliwości odbycia trekkingu po niesamowitych terenach zielonych. Możesz znaleźć naprawdę zacnego przewodnika, który pokaże Ci to, co wyjątkowe. W tym również zioła, ukryte kwiaty, groźne mikro drapieżniki.

4. Przez rzekę przeprawi Cię najzacniejszy znachor w okolicy.
I przy okazji zachwyci siłą w rękach i skromnością.
Wspinał się sprawniej i szybciej niż najbardziej wysportowani z nas. Pod niemal pionowe podejście.
Jego wiedza o lokalnych roślinach i ich oddziaływaniu na zdrowie budziła respekt. Znaczy tak, wiem, że jest to porównywalna wiedza do tej posiadanej przez wielu zielarzy w Polsce. Ale spotkania z takimi ludźmi zawsze napełniają mnie pokorą. Kiedy lekarze rozkładają ręce, jedyna nadzieja w nim.

5. Poznasz nowe środki transportu – szybsze od samochodu.
To opowieść na oddzielny wpis, ale w Laosie naprawdę szybciej podróżuje się wodą niż lądem. Czy bezpieczniej – to już inna sprawa.

6. Świneczki.
Pokochasz rozbieganą wieprzowinę. I zrozumiesz, co to znaczy wolny wybieg. Ewentualnie rozważysz weganizm. W każdym razie fajnie jest spotkać szczęśliwe zwierzęta hodowlane.

7. Docenisz ryż.
Po pierwsze – dowiesz się, kiedy jest pora zbiorów. Bo ewidentnie ten, kto pisał w przewodniku, że w październiku przejdziesz się po zielonych tarasach ryżowych, miał jakieś zakrzywienie czasoprzestrzeni.
Przy odrobinie szczęścia zobaczysz ludzi, którzy młócą ryż i zrozumiesz, jak wiele pracy potrzeba, zanim znajdzie się on na Twoim talerzu.
Poza tym pojmiesz, co to szczęśliwy ryż. Jestem przekonana, że ryż, który rośnie wśród takich widoków jest przepyszny! 🙂

8. Skromne chatki noclegowe okażą się rajem.
Rozważaliśmy pozostanie tam na tydzień. Maleńkie miasto, apteka na miejscu (tak, to kluczowe kryterium), przepiękne ogrody, a to wszystko u stóp nagich skał. Z widokiem na rzekę. Nie trzeba byłoby mnie dwa razy zachęcać.

9. Odwiedzisz plemienne wioski.
Zobaczysz jak wyrabiane są materiały (o ile jednak znasz kołowrotek i krosna, to niewiele Cię tu zaskoczy) na tradycyjny ubiór. Poznasz po prostu przemiłych ludzi. Być może będą czekać na Ciebie i Twój portfel. Być może będą odgrywać szopkę, ale zawsze możesz coś dobrego z tej sytuacji wynieść. Od Ciebie zależy ile i co.
Przy czym należy pamiętać o tym, że warto szanować tych, których spotyka się podczas takiej wędrówki (przeczytaj więcej tu).



10. Sprawdzisz, czy nie rozwija się w Tobie malaria.
To mój ulubiony temat, przywoływany przy najmniejszym bzyknięciu komara tudzież najgłośniejszym pacnięciu oznaczającym zabicie tegoż.
Podczas górskiego trekkingu, o ile trafi Ci się fajny przewodnik, dowiesz się więcej o medycynie ludowej. Na przykład o tym, jak wiele dobrego potrafi taki mały grzyb ze zdjęcia. Dostaniesz też do polizania patyk. Jeśli smak okaże się gorzki (gorzki to złe słowo, hipergorzki ledwo oddaje intensywność odczuć na języku) – masz szczęście – mały, wredny pierwotniak nie dokonuje w Twoim ciele podboju. Jeśli smak patyka będzie słodki – cóż. Warto rozważyć rozpoczęcie walki z malarią nim rozłoży Cię na łopatki.
Oczywiście od Ciebie zależy na ile serio potraktujesz te ciekawostki i czy będziesz lizać obskrobany patyk (to oczywiście nie może być pierwszy lepszy badyl w lesie). Ale masz szansę spojrzeć na dżunglę oczami kogoś, kto widzi w lesie nie tylko pnie, korzenie i korony, ale niemal całą aptekę.

Czy więc warto? Zależy od tego, po co wybierasz się do Laosu. Północ nie ocieka splendorem, ale kto wie, co ciekawego może Cię tu spotkać?

Tagi: , , , ,